poniedziałek, 21 maja 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
Zagubiona Śnieżka
"Fantazja to osobliwa sprawa. Raz chwyta nas w pułapkę, a raz dla odmiany wyzwala."
Nasycony niemal równocześnie filmem "Królewna Śnieżka" oraz komiksem "Zagubione dziewczęta", kompletnie mi się w głowie pomieszało.
Śnieżka mogłaby dołączyć do bohaterek komiksu (Alicji, Dorotki oraz Wendy), albo skompletować własną gromadkę (Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunkę, Calineczkę), by wraz z nimi snuć erotyczne wspomnienia.
Bo film i komiks to pierwszorzędna zabawa konwencją, że niby skądś znamy tą opowieść, a jednak jest jakaś inna. Już wielokrotnie dawałem temu dowody, iż lubię wszelakie inspiracje, nawiązania, pastisze, interpretacje, przeróbki.
Filmowa "Królewna Śnieżka" to istna wizualna pornografia (wymyślne stroje, bajkowe scenografie) dla dzieci młodszych i starszych. Klasyczna baśń, w komediowej konwencji, gdzie każdy znajdzie jakiś smakowity kąsek dla siebie... Achhhhhhh ten jeden z karzełków............ mhmmmmmmm........ ;DDDDD
Idealnym podsumowaniem całości jest finał w bollywodzkim stylu, czyli "dziwne to jakieś, ale zjadliwe".
Ot, miła, niezobowiązująca, znana, a jednak inaczej zaakcentowana opowiastka, idealna na jeden wieczór.
"Zagubione dziewczęta" to ambitny pornos, w których dorosłe bohaterki dziecięcych opowiadań, spotkały się w europejskim hotelu, w przeddzień wybuchu Pierwszej Wojny Światowej, wspominając Piotrusia Pana, Szalonego Kapelusznika, Stracha na Wróble, Królową Kier, Kapitana Haka, Czarodzieja z Oz i wiele innych postaci. Do tego mamy jeszcze opowieści w opowieści, czyli "Białą biblię" będącą zbiorem sprośnych, bogato ilustrowanych opowiadań, podobno stworzonych przez znanych ludzi.
Jest tu praktycznie pełen zakres ludzkiej seksualności: układy pojedyncze, zbiorowe, hetero, homo, różne filie itd.
Pochwały należą się zarówno scenarzyście (niezrównany Alan Moore), jak i rysowniczce (jego żona Melinda Gebbie), szczególnie na różnorodność języka oraz rysunku, dostosowanego do aktualnie opowiadanej historii.
Film praktycznie już z kin wyszedł (niedługo kolejna ekranizacja tej samej baśni), pewnie niedługo będzie na DVD, a później w TV.
Komiks to świeżynka, na którą trzeba było długo czekać i słono zapłacić, ale wart jest tego czasu i kasy.
"Pornografia to zaczarowane ogrody, w których najskrytsze i najwrażliwsze z naszych licznych natur mogą się bawić bezpiecznie."
Nasycony niemal równocześnie filmem "Królewna Śnieżka" oraz komiksem "Zagubione dziewczęta", kompletnie mi się w głowie pomieszało.
Śnieżka mogłaby dołączyć do bohaterek komiksu (Alicji, Dorotki oraz Wendy), albo skompletować własną gromadkę (Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunkę, Calineczkę), by wraz z nimi snuć erotyczne wspomnienia.
Bo film i komiks to pierwszorzędna zabawa konwencją, że niby skądś znamy tą opowieść, a jednak jest jakaś inna. Już wielokrotnie dawałem temu dowody, iż lubię wszelakie inspiracje, nawiązania, pastisze, interpretacje, przeróbki.
Filmowa "Królewna Śnieżka" to istna wizualna pornografia (wymyślne stroje, bajkowe scenografie) dla dzieci młodszych i starszych. Klasyczna baśń, w komediowej konwencji, gdzie każdy znajdzie jakiś smakowity kąsek dla siebie... Achhhhhhh ten jeden z karzełków............ mhmmmmmmm........ ;DDDDD
Idealnym podsumowaniem całości jest finał w bollywodzkim stylu, czyli "dziwne to jakieś, ale zjadliwe".
Ot, miła, niezobowiązująca, znana, a jednak inaczej zaakcentowana opowiastka, idealna na jeden wieczór.
"Zagubione dziewczęta" to ambitny pornos, w których dorosłe bohaterki dziecięcych opowiadań, spotkały się w europejskim hotelu, w przeddzień wybuchu Pierwszej Wojny Światowej, wspominając Piotrusia Pana, Szalonego Kapelusznika, Stracha na Wróble, Królową Kier, Kapitana Haka, Czarodzieja z Oz i wiele innych postaci. Do tego mamy jeszcze opowieści w opowieści, czyli "Białą biblię" będącą zbiorem sprośnych, bogato ilustrowanych opowiadań, podobno stworzonych przez znanych ludzi.
Jest tu praktycznie pełen zakres ludzkiej seksualności: układy pojedyncze, zbiorowe, hetero, homo, różne filie itd.
Pochwały należą się zarówno scenarzyście (niezrównany Alan Moore), jak i rysowniczce (jego żona Melinda Gebbie), szczególnie na różnorodność języka oraz rysunku, dostosowanego do aktualnie opowiadanej historii.
Film praktycznie już z kin wyszedł (niedługo kolejna ekranizacja tej samej baśni), pewnie niedługo będzie na DVD, a później w TV.
Komiks to świeżynka, na którą trzeba było długo czekać i słono zapłacić, ale wart jest tego czasu i kasy.
"Pornografia to zaczarowane ogrody, w których najskrytsze i najwrażliwsze z naszych licznych natur mogą się bawić bezpiecznie."
wtorek, 17 kwietnia 2012
Fafik's travels 25 - Tajemnica Lublina
Lublin to miasto kontrastów. Wystarczy zejść z głównej, turystycznej trasy, by znaleźć się na... prowincji.
Tak jest z ulicą Dolna Panny Marii, znajdującej się niedaleko Starego Miasta.
Idąc wzdłuż muru klasztoru urszulanek (dawniej brygidek), stromą, brukowaną dróżką, łatwo na samym szczycie przeoczyć, wmontowaną w ten mur oraz obudowaną parterowymi domkami, małą, kamienną wieżyczkę, o której nawet większość tubylców nie wie, że jest to jeden z najstarszych budynków w mieście.
Jest to szesnastowieczna wieża ciśnień, czyli jedyna pozostałość po renesansowych wodociągach, których ówczesny rurociąg mierzył około 5 km.
Podczas Sejmu w 1569 roku, zakończonego zawarciem unii lubelskiej, do miasta zjechali posłowie z Polski, Litwy i Rusi. Dzięki sprawnemu systemowi wodociągowemu, Lublinowi nie groziła żadna epidemia.
Niestety taka instalacja była niezwykle kosztowna w konserwacji i utrzymaniu, więc w 1673, system przestał definitywnie działać, pozbawiając miasto bieżącej wody, na kolejne 200 lat.
| Widok na okolicę |
| Widok z dołu |
czwartek, 29 marca 2012
Fafik's travels 24 - Atelier Amaro
Wczoraj miałem wielką przyjemność gościć w Atelier Amaro, które w tym roku otrzymało tytuł Wschodzącej Gwiazdy, nadawany przez słynny, kulinarny, światowy przewodnik Michelina. W związku z czym, o wejściu z tzw. "ulicy" mowy nie ma, a stolik należy wcześniej rezerwować.

Lokal mieści się w maleńkim budyneczku, niedaleko Zamku Ujazdowskich.
Wnętrze miłe i przytulne, urządzone w modnej obecnie, beżowo-brązowej kolorystyce.
Do wyboru są trzy rodzaje menu degustacyjnego (zmienianego z dnia na dzień), różniące się ilością enigmatycznie brzmiących dań (np. ślimak / szałwia / fasolka), wykonanych według zasad "slow food" (wolnego gotowania), z elementami kuchni molekularnej (zabawy ciekłym azotem, itp.).

Wybrałem opcję najbogatszą, czyli "Osiem momentów", które cudownie rozmnożyły się do jedenastu smakowitych chwil.
Potrawy wyglądają i smakują obłędnie, choć to sprawa mocno subiektywna. Przykładowo smakujące mi najbardziej foie gras, ewidentnie "rosło w ustach" sąsiadów.
Sposób podania jest niezwykle wymyślny i fantazyjny (zakąski przyczepione do drewnianych patyków, które później dla zabawy mogłem aportować albo zmrożone "na kość" dania, stygnące dopiero na talerzach).
Fenomenalna zastawa , choć przyczepiłbym się do powtarzalności naczyń w kolejnych daniach.

Porozmawiajmy o minusach, które przy tej półce cenowej oraz aspiracjach są rażące:
- kilkuosobowa obsługa wchodziła sobie w drogę, więc w pewnym momencie nie było wiadomo, kto tak naprawdę obsługiwał nasz stolik;
- angielski szefa sali, należałoby skorygować pod względem fonetycznym (jakbym własnego Panka słyszał);
- sommelierowi kilkakrotnie zadrżała ręka, przez co nalewane trunki kapały na obrus;
- rzecz do której nigdy się nie przyzwyczaję, czyli obowiązkowy "makaron na uszy", czyli wmawianie klientowi, że spożywane potrawy, składniki, wina i nalewki są "wyjątkowe", "niepowtarzalne", "niespotykane" itd.;
- niewielkie zacieki, na niektórych sztućcach;
- obrusy były niedoprasowane (w innych lokalach, dodatkowo zaprasowywano je na stole);
- największa wpadka to przeoczona chustka po poprzednich gościach, leżąca pod wysprzątanym już stołem.

Generalnie pod względem kulinarnym nie mam żadnych zarzutów, jedynie obsługa wymaga minimalnego dopracowania. Co prawda marna, pielęgniarska pensyjka Panka została wydana, jednak było warto.
Miłym zwieńczeniem, była osobista wizyta Pana Modesta przy naszym stoliku (do innych podczas naszego pobytu nie podchodził), który przyszedł spytać się o wrażenia.
Lokal mieści się w maleńkim budyneczku, niedaleko Zamku Ujazdowskich.
Wnętrze miłe i przytulne, urządzone w modnej obecnie, beżowo-brązowej kolorystyce.
Do wyboru są trzy rodzaje menu degustacyjnego (zmienianego z dnia na dzień), różniące się ilością enigmatycznie brzmiących dań (np. ślimak / szałwia / fasolka), wykonanych według zasad "slow food" (wolnego gotowania), z elementami kuchni molekularnej (zabawy ciekłym azotem, itp.).
Wybrałem opcję najbogatszą, czyli "Osiem momentów", które cudownie rozmnożyły się do jedenastu smakowitych chwil.
Potrawy wyglądają i smakują obłędnie, choć to sprawa mocno subiektywna. Przykładowo smakujące mi najbardziej foie gras, ewidentnie "rosło w ustach" sąsiadów.
Sposób podania jest niezwykle wymyślny i fantazyjny (zakąski przyczepione do drewnianych patyków, które później dla zabawy mogłem aportować albo zmrożone "na kość" dania, stygnące dopiero na talerzach).
Fenomenalna zastawa , choć przyczepiłbym się do powtarzalności naczyń w kolejnych daniach.
Porozmawiajmy o minusach, które przy tej półce cenowej oraz aspiracjach są rażące:
- kilkuosobowa obsługa wchodziła sobie w drogę, więc w pewnym momencie nie było wiadomo, kto tak naprawdę obsługiwał nasz stolik;
- angielski szefa sali, należałoby skorygować pod względem fonetycznym (jakbym własnego Panka słyszał);
- sommelierowi kilkakrotnie zadrżała ręka, przez co nalewane trunki kapały na obrus;
- rzecz do której nigdy się nie przyzwyczaję, czyli obowiązkowy "makaron na uszy", czyli wmawianie klientowi, że spożywane potrawy, składniki, wina i nalewki są "wyjątkowe", "niepowtarzalne", "niespotykane" itd.;
- niewielkie zacieki, na niektórych sztućcach;
- obrusy były niedoprasowane (w innych lokalach, dodatkowo zaprasowywano je na stole);
- największa wpadka to przeoczona chustka po poprzednich gościach, leżąca pod wysprzątanym już stołem.
Generalnie pod względem kulinarnym nie mam żadnych zarzutów, jedynie obsługa wymaga minimalnego dopracowania. Co prawda marna, pielęgniarska pensyjka Panka została wydana, jednak było warto.
Miłym zwieńczeniem, była osobista wizyta Pana Modesta przy naszym stoliku (do innych podczas naszego pobytu nie podchodził), który przyszedł spytać się o wrażenia.
poniedziałek, 12 marca 2012
Dziunia i Ja
niedziela, 26 lutego 2012
Wstydliwa recenzja
W pierwszym odruchu, po obejrzeniu tego filmu, ogarnęła mnie fala paniki, że nie jestem w stanie napisać jego recenzji, bo w tym przypadku brak będzie jakiegokolwiek obiektywizmu.
Po zastanowieniu, skoro obiecałem ocenę obrazu, postanowiłem dać najbardziej krótką wypowiedź ever, a miała wyglądać tak:
Zmieniłem zdanie...
Poznajcie moją subiektywną ocenę.
"Wstyd" jest nudny, pusty i perfekcyjnie sterylny.
Posłuchajcie poniższej suity, która określa ten film idealnie.
W błękitnej pościeli leży półnagi bóg.
Leży... leży... leży... leży... leży... leży...
Jest tak blady, że wydaje się martwy.
Zegar tyka, czas kapie niemiłosiernie, ludzie zaczynają wychodzić z sali, bóg też wreszcie zwleka się z wyra i okazuje się być zwykłym śmiertelnikiem. Nagi człapie odlać się do kibla. Kutas dynda po całym ekranie, mocz leje się w porcelanę, kolejni "oburzeni" wychodzą. Prysznic, walenie konia, śniadanie, wspomnienie wieczornego ruchanka, ludzie wyłażą, droga do pracy, łowy w metrze, boring job, masturbation, ludzie wychodzą, wieczorna imprezka, szybki numerek, domek, przegląd pornostronek, spanko. Kolejny dzień spłynął, widzowie chrapią.
Główny bohater (Brandon) jest ucieleśnieniem cnót wszelakich. Miły, uprzejmy, pomaga przechodniom, piękny, lubiany w pracy, szarmancki, uwodzicielski, bogaty.
Mister Perfection!!! Bez żadnej zewnętrznej skazy, a w środku wiatr wyje po ciemnych kątach.
Pan Idealny ma siostrę. Totalne przeciwieństwo. Rozchwiana emocjonalnie, ciapowata, narzucająca się innym, rozlazła bździągwa.
Pomimo tych różnic są tacy sami.
Ten film jest o nałogach. Jak wyjaśnił reżyser, padło akurat na seks, bo o innych uzależnieniach powiedziano już wiele, a seks cały czas traktowany jest jak niechciany bękart, choć tak naprawdę jest najbliższy człowiekowi.
Ten film jest o bolesnej samoświadomości i bezsensie istnienia.
Ten film jest o egzystencjalnej pustce, którą główni bohaterowie (rzeczone rodzeństwo), próbują na swój sposób, kompulsywnie zapchać nałogami. Tylko, że jest to czarna dziura bez dna.
Pod koniec filmu, Brandon świadomie rzuca się w wir autodestrukcji, przekraczając kolejne kręgi własnego piekła. Samookalecza się, panując cały czas nad sytuacją, niby szaleństwo, a idealna maska nie opada.
To zwykłe wołanie o pomoc.
Nie inaczej jest z jego siostrą, po licznych próbach samobójczych.
Tylko co z tego, że krzyczą, skoro w próżni dźwięk się nie rozchodzi? Co za różnica, czy zacznę drzeć się wniebogłosy, na zalanym strugami deszczu nabrzeżu (jedyna przesadzona, zbyt patetyczna scena w filmie), czy jedynie cichutko jęknę "Oh, God"?
I tak nikt nie usłyszy.
Wszyscy znają mit o Narcyzie. To ten gostek, który tak bardzo umiłował siebie, że kontemplując własne odbicie w tafli jeziora, wpadł do niego i tyle było z tego piękna. Pytanie, czy był to zwykły przypadek? Może zrobił to świadomie?
Dziękuję za uwagę.
Lecę przypudrować nosek, bo chyba odpadło mi odrobinę "tapety".
Byle do wiosny, co bym mógł wreszcie nago hasać po zielonych łąkach, wśród świergotu ptaków i nie myśleć tyle o życiu ;DDD
Jeszcze na koniec inna recenzja (bardziej obiektywna), z którą w pełni się zgadzam.
Po zastanowieniu, skoro obiecałem ocenę obrazu, postanowiłem dać najbardziej krótką wypowiedź ever, a miała wyglądać tak:
Zmieniłem zdanie...
Poznajcie moją subiektywną ocenę.
"Wstyd" jest nudny, pusty i perfekcyjnie sterylny.
Posłuchajcie poniższej suity, która określa ten film idealnie.
W błękitnej pościeli leży półnagi bóg.
Leży... leży... leży... leży... leży... leży...
Jest tak blady, że wydaje się martwy.
Zegar tyka, czas kapie niemiłosiernie, ludzie zaczynają wychodzić z sali, bóg też wreszcie zwleka się z wyra i okazuje się być zwykłym śmiertelnikiem. Nagi człapie odlać się do kibla. Kutas dynda po całym ekranie, mocz leje się w porcelanę, kolejni "oburzeni" wychodzą. Prysznic, walenie konia, śniadanie, wspomnienie wieczornego ruchanka, ludzie wyłażą, droga do pracy, łowy w metrze, boring job, masturbation, ludzie wychodzą, wieczorna imprezka, szybki numerek, domek, przegląd pornostronek, spanko. Kolejny dzień spłynął, widzowie chrapią.
Główny bohater (Brandon) jest ucieleśnieniem cnót wszelakich. Miły, uprzejmy, pomaga przechodniom, piękny, lubiany w pracy, szarmancki, uwodzicielski, bogaty.
Mister Perfection!!! Bez żadnej zewnętrznej skazy, a w środku wiatr wyje po ciemnych kątach.
Pan Idealny ma siostrę. Totalne przeciwieństwo. Rozchwiana emocjonalnie, ciapowata, narzucająca się innym, rozlazła bździągwa.
Pomimo tych różnic są tacy sami.
Ten film jest o nałogach. Jak wyjaśnił reżyser, padło akurat na seks, bo o innych uzależnieniach powiedziano już wiele, a seks cały czas traktowany jest jak niechciany bękart, choć tak naprawdę jest najbliższy człowiekowi.
Ten film jest o bolesnej samoświadomości i bezsensie istnienia.
Ten film jest o egzystencjalnej pustce, którą główni bohaterowie (rzeczone rodzeństwo), próbują na swój sposób, kompulsywnie zapchać nałogami. Tylko, że jest to czarna dziura bez dna.
Pod koniec filmu, Brandon świadomie rzuca się w wir autodestrukcji, przekraczając kolejne kręgi własnego piekła. Samookalecza się, panując cały czas nad sytuacją, niby szaleństwo, a idealna maska nie opada.
To zwykłe wołanie o pomoc.
Nie inaczej jest z jego siostrą, po licznych próbach samobójczych.
Tylko co z tego, że krzyczą, skoro w próżni dźwięk się nie rozchodzi? Co za różnica, czy zacznę drzeć się wniebogłosy, na zalanym strugami deszczu nabrzeżu (jedyna przesadzona, zbyt patetyczna scena w filmie), czy jedynie cichutko jęknę "Oh, God"?
I tak nikt nie usłyszy.
Wszyscy znają mit o Narcyzie. To ten gostek, który tak bardzo umiłował siebie, że kontemplując własne odbicie w tafli jeziora, wpadł do niego i tyle było z tego piękna. Pytanie, czy był to zwykły przypadek? Może zrobił to świadomie?
Dziękuję za uwagę.
Lecę przypudrować nosek, bo chyba odpadło mi odrobinę "tapety".
Byle do wiosny, co bym mógł wreszcie nago hasać po zielonych łąkach, wśród świergotu ptaków i nie myśleć tyle o życiu ;DDD
Jeszcze na koniec inna recenzja (bardziej obiektywna), z którą w pełni się zgadzam.
piątek, 24 lutego 2012
Wstyd / Shame
Znalazłam sny z dziecięcych lat przewiązane białą wstążką
Nie taki w nich zmyśliłam świat, nie tak miałam żyć
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Sprzedałam swoje "ja", by tylko kochaną być
Jest mnie coraz mniej i mniej co dnia
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...
Ludzie wciąż pytają mnie, czego jeszcze chcę
Oni zawsze wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre, a co złe
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Sprzedałam swoje "ja", sprzedałam im
Już prawie nie ma mnie, już nie mam nic
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...
I coraz bardziej lubię niebieskie sukienki
Coraz szybciej jeżdżę samochodem
Coraz częściej jest mi wszystko jedno
I milczę coraz częściej!
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Przed sobą z tamtych lat, gdy miałam sny
Codziennie uczę się nowych kłamstw
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...
Varius Manx
Słowa powyższej piosenki (pomijając żeński podmiot literacki) są głównym kluczem do interpretacji obrazu, w który z premedytacją został wmanipulowany Kimonek.
Generalnie temat WSTYD, przewałkowano przez różnych malarzy i fotografów doszczętnie. Jednakże wszystko co znam, zrobione jest na jedno kopyto - zawstydzona persona, z opuszczoną głową, trwożliwie zakrywa swoje łono.
Booooooooooring...
A gdyby tak zrobić coś w totalnej kontrze?
Krocze to organ, jak każdy inny (ręka, noga, wątroba), z niewiadomych przyczyn, napiętnowany mianem "zakazanego owocu". Opowiastka o zjadaniu jabłek z drzewa, to wielka bujda, w świetle jeszcze istniejących plemion, gdzie nagość jest absolutnie naturalnym stanem.
Czego tu się wstydzić?
Wstydliwe są emocje wypisane na twarzy (grymasy, barwa skóry, łzy)!
Koncepcja takiego wizerunku, chodziła mi po głowie od paru lat.
Dodatkową (późniejszą) inspiracją, stał się cykl numerowanych aktów Wojciecha Ćwiertniewicza, na których nagość przedstawiona jest zupełnie naturalnie, wręcz obojętnie.
Przy okazji prezentacji obrazu "Manipulation" (swoją drogą dość okropnego), z właściwą sobie subtelnością, zaoferowałem Marianowi modelingowe usługi, widząc z jednej strony spory potencjał do wyzwolenia, z drugiej niezrozumiały wstyd w operowaniu nagością na obrazach.
Dalszą historię z grubsza znacie: wygrane Candy, konkurs związany z obrazem itd.
Gdzieś po drodze, przy okazji planowania zabawy, odbywaliśmy długie rozmowy na gg, podczas których "mimowolnie" drążyłem temat aktów i lęku przed pokazywaniem pełnej (genitalnej) nagości. Najczęstszymi odpowiedziami w tej delikatnej polemice, były jakieś śmieszne, pensjonarskie, małomiasteczkowe, zahukane, pseudoartystyczne wywody, w rodzaju piękna niedopowiedzeń.
Pewnej nocki rzuciłem rękawicę, która dopiero niedawno została podjęta.
Poniżej zapis fragmentu rozmowy, dotyczącej tematu:
hds
2011-03-27 03:14:53 wymyśliłem sobie kiedys baaardzo odważną pozycję do aktu
Kimonek
2011-03-27 03:15:05 czyli :D
hds
2011-03-27 03:15:21 pt Wstyd
Kimonek
2011-03-27 03:15:34 ???
hds
2011-03-27 03:16:21 stoję dosłownie i w przenośni, z twarzą ukrytą w dłoniach
Kimonek
2011-03-27 03:16:38 do 2011-03-27 03:16:47 ŚMIECH
hds
2011-03-27 03:18:02 mam dużo durnych pomysłów ;]
2011-03-27 03:18:02 mam dużo durnych pomysłów ;]
O filmowym "Wstydzie", pierwszy raz usłyszałem przy okazji zeszłorocznego (przełom sierpnia i września) Festiwalu w Wenecji, gdzie wzbudził skrajne emocje. Okazało się, że porusza problematykę osobiście mi bliską. Gdzie człowiek staje się niewolnikiem własnych zachcianek, ogólnodostępnego konsumpcjonizmu. Bojąc się emocjonalności, buduje gruby, "lodowy" pancerz, a największym wstydem jest uczuciowe odsłonięcie "miękkiego podbrzusza".
Paradoksalne jest to, iż omawiany akt, porusza w jednym ujęciu te same kwestie.
wielkość 250 x 200
Nie mam najmniejszego zamiaru, wyflaczać się przed Wami z własnych słabości, skąd się wzięły, jak wpływają na najbliższych. Ciekawskich zapraszam do obejrzenia filmu, przeczytania tejże recenzji, wsłuchania się w treść piosenki, popytania odpowiednich specjalistów, przejrzenia moich lutowych wpisów (poukrywałem w nich sporo tropów) oraz oględzin obrazu.
Pytanie, dlaczego on taki maluśki?
Bynajmniej nie wynika to z nagłego zawstydzenia własną nagością ;p
Po pierwsze, chodzi o zwykły, złośliwy pstryczek w kimoni nochal, który bez wcześniejszego uzgodnienia, w kilku zapowiadających wpisach i zamieszczonych w nich dość szczegółowych zdjęciach oraz szkicach, zdradził koncepcję całego obrazu, przez co czar niespodzianki prysł, niczym bańka mydlana.
Zatem po detale zapraszam tutaj, tutaj, tutaj oraz tutaj.
Nie potrafię zrozumieć, jak świadomie można, tak rozwadniać, wręcz niszczyć efekt końcowego zaskoczenia finalnym produktem.
Zamiast subtelnego rozpalania ciekawości czytelników, serwuje się drobiazgowe raporty z placu boju.
To jest coś, czego mimo moich usilnych starań, Kimon nigdy nie załapał i również z tego powodu jest mi wstyd.
Po drugie, jakość zamieszczonych zdjęć jest żałosna. Spowodowane jest to wielgachnymi rozmiarami płótna, na którym moja sylwetka przedstawiona jest w skali 1:1. Przez tą wielkość, ciężko go było rozwiesić tak, aby nie zaginał się, a także wystawić do naturalnego światła. Zatem zdjęcia są nieostre, z zaburzoną paletą barw. Jest to wielka plama na honorze malarza, za co kazał widzów serdecznie przeprosić, obiecując poprawę.
Wiem, że już nie miało być piątkowych wpisów. Ten jeden raz, dałem sobie dyspensę.
UPDATE 27.02.2012.
Odrobinę lepsze jakościowo zdjęcia obrazu, można obecnie podejrzeć here.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




