Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturyzm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Papież, meteoryty, głaz i dwie legendy

Na katolików jak grom z jasnego nieba spada wiadomość o abdykacji Benedykta 16.
Rosjanom na głowy sypie się prawdziwy deszcz meteorytów.
Pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia budzą skojarzenie z rzeźbą Catellan'a.

Kilka kilometrów od mojej wiochy, niedaleko rzeki Wdy, przy osadzie Leosia (niem. Teutelstein), pośród gęstego lasu leży granitowy "kamyk".
W wykazie zinwentaryzowanych pomników przyrody figuruje pod numerem 249.
Rozmiary części wystającej nad ziemię: obwód 24,5 m, szerokość 8,8 m i wysokość 3,8 m. Nikt nie wie jaka jest jego wielkość całkowita. Niektórzy twierdzą, że jest niczym wierzchołek góry lodowej, czyli widać około 1/8 całości. Sądząc po tym jak zagłębia się w grunt, coś z tym ogromem musi być na rzeczy.
Na jego temat krążą dwie legendy.

Diabelski Kamień (Diabelec)
Rokita postanowił zmienić bieg rzeki, która w tym miejscu ma dość wąski nurt, przegradzając ją olbrzymim głazem. Kamień był bardzo duży, przez co niesienie go było wielkim wysiłkiem. Diabeł co jakiś czas musiał odpoczywać. Celu nie zdążył osiągnąć przed świtem. Gdy zapiał pierwszy kur, diabeł uciekł w popłochu, porzucając skałę w tym miejscu.

Kamień św. Wojciecha
Podobno z jego szczytu Święty Wojciech głosił kazania okolicznym mieszkańcom, gdy zmierzał nawracać lud pruski.
Jeżeli byłaby to prawda okazałoby się, że te okolice wyjątkowo upodobali sobie święci kościoła katolickiego. Tuż niedaleko błogosławiony JP2 pożywiał się podczas jednego z licznych spływów.

Przywędrowanie skały w te rejony jest o wiele bardziej prozaiczne. Wiąże się z najmłodszym zlodowaceniem plejstoceńskim (północnopolskie) i powstałą po nim morenę denną.
Archeologia podpowiada, że polodowcowe głazy narzutowe służyły jako miejsca kultu bóstw przedchrześcijańskich lub były ołtarzami ofiarnymi. Ten idealnie nadaje się do tej roli, gdyż płaski szczyt posiada niewielką nieckę, z której do ziemi prowadzi szeroka rynna, przez lata służąca dzieciakom jako fantastyczna ślizgawka.
Oczyma wyobraźni widzę jak spływa tędy gęsta, czerwona posoka zarzynanych ofiar, w powietrzu unosi się duszący opar wnętrzności, pochodni i palonych ziół, a wokół kłębią się nagie ludzkie ciała w rytm szamańskiej muzyki.

piątek, 24 lutego 2012

Wstyd / Shame


Znalazłam sny z dziecięcych lat przewiązane białą wstążką
Nie taki w nich zmyśliłam świat, nie tak miałam żyć
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Sprzedałam swoje "ja", by tylko kochaną być
Jest mnie coraz mniej i mniej co dnia
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...

Ludzie wciąż pytają mnie, czego jeszcze chcę
Oni zawsze wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre, a co złe
Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Sprzedałam swoje "ja", sprzedałam im
Już prawie nie ma mnie, już nie mam nic
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi...

I coraz bardziej lubię niebieskie sukienki
Coraz szybciej jeżdżę samochodem
Coraz częściej jest mi wszystko jedno
I milczę coraz częściej!

Zasłaniam ręką twarz, bo jest mi wstyd
Przed sobą z tamtych lat, gdy miałam sny
Codziennie uczę się nowych kłamstw
Zasłaniam ręką twarz, smutno mi... 
Varius Manx

Słowa powyższej piosenki (pomijając żeński podmiot literacki) są głównym kluczem do interpretacji obrazu, w który z premedytacją został wmanipulowany Kimonek
Generalnie temat WSTYD, przewałkowano przez różnych malarzy i fotografów doszczętnie. Jednakże wszystko co znam, zrobione jest na jedno kopyto - zawstydzona persona, z opuszczoną głową, trwożliwie zakrywa swoje łono.
Booooooooooring...
A gdyby tak zrobić coś w totalnej kontrze?
Krocze to organ, jak każdy inny (ręka, noga, wątroba), z niewiadomych przyczyn, napiętnowany mianem "zakazanego owocu". Opowiastka o zjadaniu jabłek z drzewa, to wielka bujda, w świetle jeszcze istniejących plemion, gdzie nagość jest absolutnie naturalnym stanem.
Czego tu się wstydzić?
Wstydliwe są emocje wypisane na twarzy (grymasy, barwa skóry, łzy)!
Koncepcja takiego wizerunku, chodziła mi po głowie od paru lat.
Dodatkową (późniejszą) inspiracją, stał się cykl numerowanych aktów Wojciecha Ćwiertniewicza, na których nagość przedstawiona jest zupełnie naturalnie, wręcz obojętnie.
Przy okazji prezentacji obrazu "Manipulation" (swoją drogą dość okropnego), z właściwą sobie subtelnością, zaoferowałem Marianowi modelingowe usługi, widząc z jednej strony spory potencjał do wyzwolenia, z drugiej niezrozumiały wstyd w operowaniu nagością na obrazach.
Dalszą historię z grubsza znacie: wygrane Candy, konkurs związany z obrazem itd.
Gdzieś po drodze, przy okazji planowania zabawy, odbywaliśmy długie rozmowy na gg, podczas których "mimowolnie" drążyłem temat aktów i lęku przed pokazywaniem pełnej (genitalnej) nagości. Najczęstszymi odpowiedziami w tej delikatnej polemice, były jakieś śmieszne, pensjonarskie, małomiasteczkowe, zahukane, pseudoartystyczne wywody, w rodzaju piękna niedopowiedzeń.

Pewnej nocki rzuciłem rękawicę, która dopiero niedawno została podjęta.
Poniżej zapis fragmentu rozmowy, dotyczącej tematu:

hds
2011-03-27 03:14:53 wymyśliłem sobie kiedys baaardzo odważną pozycję do aktu
Kimonek
2011-03-27 03:15:05 czyli :D
hds
2011-03-27 03:15:21 pt Wstyd 
Kimonek
2011-03-27 03:15:34 ???
hds
2011-03-27 03:16:21 stoję dosłownie i w przenośni, z twarzą ukrytą w dłoniach 
Kimonek
2011-03-27 03:16:38 do 2011-03-27 03:16:47 ŚMIECH
hds
2011-03-27 03:18:02 mam dużo durnych pomysłów ;]

O filmowym "Wstydzie", pierwszy raz usłyszałem przy okazji zeszłorocznego (przełom sierpnia i września) Festiwalu w Wenecji, gdzie wzbudził skrajne emocje. Okazało się, że porusza problematykę osobiście mi bliską. Gdzie człowiek staje się niewolnikiem własnych zachcianek, ogólnodostępnego konsumpcjonizmu. Bojąc się emocjonalności, buduje gruby, "lodowy" pancerz, a największym wstydem jest uczuciowe odsłonięcie "miękkiego podbrzusza". 
Paradoksalne jest to, iż omawiany akt, porusza w jednym ujęciu te same kwestie.
"Wstyd / Shame"
by Kimonek
akryl + olej na płótnie
wielkość 250 x 200

Nie mam najmniejszego zamiaru, wyflaczać się przed Wami z własnych słabości, skąd się wzięły, jak wpływają na najbliższych. Ciekawskich zapraszam do obejrzenia filmu, przeczytania tejże recenzji, wsłuchania się w treść piosenki, popytania odpowiednich specjalistów, przejrzenia moich lutowych wpisów (poukrywałem w nich sporo tropów) oraz oględzin obrazu.
Pytanie, dlaczego on taki maluśki?
Bynajmniej nie wynika to z nagłego zawstydzenia własną nagością ;p
Po pierwsze, chodzi o zwykły, złośliwy pstryczek w kimoni nochal, który bez wcześniejszego uzgodnienia, w kilku zapowiadających wpisach i zamieszczonych w nich dość szczegółowych zdjęciach oraz szkicach, zdradził koncepcję całego obrazu, przez co czar niespodzianki prysł, niczym bańka mydlana.
Zatem po detale zapraszam tutaj, tutaj, tutaj oraz tutaj.
Nie potrafię zrozumieć, jak świadomie można, tak rozwadniać, wręcz niszczyć efekt końcowego zaskoczenia finalnym produktem.
Zamiast subtelnego rozpalania ciekawości czytelników, serwuje się drobiazgowe raporty z placu boju.
To jest coś, czego mimo moich usilnych starań, Kimon nigdy nie załapał i również z tego powodu jest mi wstyd.
Po drugie, jakość zamieszczonych zdjęć jest żałosna. Spowodowane jest to wielgachnymi rozmiarami płótna, na którym moja sylwetka przedstawiona jest w skali 1:1. Przez tą wielkość, ciężko go było rozwiesić tak, aby nie zaginał się, a także wystawić do naturalnego światła. Zatem zdjęcia są nieostre, z zaburzoną paletą barw. Jest to wielka plama na honorze malarza, za co kazał widzów serdecznie przeprosić, obiecując poprawę.

Wiem, że już nie miało być piątkowych wpisów. Ten jeden raz, dałem sobie dyspensę.

UPDATE 27.02.2012.
Odrobinę lepsze jakościowo zdjęcia obrazu, można obecnie podejrzeć here.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Ryszard Łucyszyn


Urodziłem się w Krakowie przy ul. Kremerowskiej 8 m. 4

Ryśka poznałem latem 2002 roku, podczas mojego pierwszego, samodzielnego wyjazdu nad polskie morze.
Właśnie postanowiłem zasmakować w niekultywowanym rodzinnie naturyzmie, zatem naturalnym wyborem były słynne Chałupy.
W tamtych czasach byłem jeszcze skromnym, zahukanym młodzieńcem, próbującym oswajać własną nagość.
Położyłem się zawstydzony na brzuchu, obok jakiejś starszej pary. Spiekam niemiłosiernie plecy, no bo przecież nie położę się na nich, odsłaniając newralgiczne organy, a brzegiem morza zaczął kołować jakiś „stary krążownik”.
Z godzinę tak się kręcił, a ja w duszy kurwiłem na swojego parszywego pecha, że od razu musiał mnie upatrzyć, jakiś nadpróchniały, zboczony wrak.
Wreszcie zdecydował się podejść, bo osobiście zdążyłem już z lęku o swoją cnotę, korzenie w piachu zapuścić.
Lezie, a mi ze stresu serce kołata, na szczęście mam w pamięci, że przecież tuż obok leżą ludzie, zatem chyba nie odważy się tak przy nich robić mi kuku.
Podszedł, zagadał i po kilku zdaniach gruchnął:
- Czy mógłbym Tobie zrobić parę fotek, bo jestem fotografem, a Ty… bla, bla, bla…
Autentycznie mnie wmurowało! Myślę sobie:
- Ja pierdolę. Podryw na fotografa. Do tego stosowany na jakimś wymemłanym wieśniaku. Nie wierzę.
Ale z drugiej strony, ego zostało mocno połechtane, co mi szkodzi, cały czas jesteśmy na publicznej plaży, w razie czego wyśmieję go i spierdolę. Do tego, jeśli mówi prawdę, będę miał świetną pamiątkę z wyprawy.
Gościu pyka fotki niezłym sprzętem, zaczyna opowiadać o swoim życiu i okazuje się, że chyba jest OK.
Na drugi dzień, z duszą na ramieniu, wsiadłem mu do auta i pojechaliśmy do Helu, a wieczorem piliśmy wino na jego kwaterze we Władysławowie. Nocą wróciłem piechotą do namiotu w Chałupach.
Wymieniliśmy się informacjami teleadresowymi, a po kilku dniach otrzymałem list z płytą CD, na niej jedne z najpiękniejszych zdjęć jakie posiadam.
Jeżeli ładniejszych się nie dorobię, to prawdopodobnie z tego zbioru zaprezentuję obiecany akt, w jubileuszowym SZF.

W fotografii, na którą wreszcie miałem trochę czasu, pociągał mnie wtedy akt. Sprawa była o tyle kontrowersyjna, ze chciałem fotografować chłopców. Zainspirowała mnie pani Krystyna Łyczywek (artysta fotografik), która mnóstwo jeździła po świecie i właśnie wróciła z Paryża, z wystawą paryskich fotografików, wśród których jeden fotografował męski akt. Były to piękne czarno białe zdjęcia murzyna. Bardzo dyskretne i wysmakowane fotografie czarnego na czarnym tle, jedynie obrysowane światłem kontury muskularnego, idealnego ciała młodego mężczyzny. Od dawna już chciałem spróbować tego tak trudnego tematu, kompletnie w Polsce nieznanego, ale nie miałem dobrego sprzętu no i... modela.

Kontakt się nie urwał, bo jeżdżąc raz do roku na Międzynarodowy Festiwal Komiksu, korzystając z jego gościnności, przy okazji wystawiałem się na błysk flesza.
Kilka jego zdjęć pozwoliłem sobie zamieścić w sieci: 1, 2, 3, 4, 5.
Czasem była to improwizacja, czasem wystudiowana sesja, bądź spełnienie mojej prośby.

Trzy lata temu, w galerii Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego, miała miejsce jego przekrojowa wystawa „Akt i portret”.
Możecie o niej poczytać tutaj oraz tutaj, a na poniższym zdjęciu uwieczniłem go przy jego bardzo celnej karykaturze, wykonanej przez Henryka Sawkę, na którymś Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu.

Ostatni raz byłem u niego w październiku 2009.
Był już schorowanym człowiekiem.
Na okrągło słuchał 7 Symfonię Beethovena.
Podczas rozmowy, ożywiał się jedynie, gdy opowiadał o swojej wnuczce.
Po wizycie byłem zdruzgotany.
Płakałem.
W kolejnym roku stchórzyłem.
Nie odważyłem się z nim skontaktować, licząc że dzięki chorobie (Alzheimer) zapomniał o mnie.
Tydzień temu zmarł.

Nie zostałem najsławniejszym fotografikiem w Polsce.
Jestem sobie biednym (dosłownie) facetem, na dodatek chorym.
Jestem bardzo, ale to bardzo samotny.


Cytaty (początek, koniec, oraz duży fragment), pochodzą z jego autobiografii, którą pisał w perspektywie nieuchronnej utraty pamięci.
Podarował mi jej kopię podczas ostatniej wizyty.
Wspaniała historia nieprzeciętnej osoby.
Dzieciństwo, nauka, przyjaźń ze swoją nauczycielką, pierwsze miłości, przyszywany brat, uczucie prowadzące na skraj szaleństwa, legalne ćpanie LSD w PRLu, blaski i cienie małżeństwa, instynkt ojcowski do własnej córki oraz szkolnego wychowanka, pikantne momenty, anegdoty taksówkarza zatrudnionego w łódzkiej filmówce, kolejny związek w „sile wieku”, choroba.
Chciałoby się rzec, gotowy scenariusz na film.

Jak ślepej kurze ziarnko, trafiła mi się znajomość z fantastycznym człowiekiem, życzliwie dzielącym się swoimi doświadczeniami, wiedzą, opowieściami z bogatego życiorysu. Mimo odmiennego charakteru (typowy choleryk), dostrzegam dużo mentalnych podobieństw.
Poznanie go sprawiło, że moje życie potoczyło się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, o czym zapewne kiedyś nabazgrolę.
RYSZARD ŁUCYSZYN 28.03.1946.?-27.06.2011.

wtorek, 15 lutego 2011

Kurs jeziornego morsa


Zima nie odpuszcza i czeka nas kolejna fala mrozów, zatem to już ostatni gwizdek żeby skorzystać z uroków zimowej kąpieli.

Na samym początku tego roku zaprezentowałem przyspieszony kurs morskich igraszek ;)

Tym razem będzie trochę bardziej szczegółowo.

Gdy wymyśliłem sobie to całe morsienie, jako kolejne urozmaicenie "nudnego" żywota, cała rodzina na hasło - "Idę się kąpać!" (w styczniu, przy trzaskającym mrozie), dość znacząco pukała się w czoło ;D
Przeżyłem przygodę bez szwanku i całkowitego braku jakiejkolwiek choroby przez cały kolejny rok.
Zupełnie przypadkiem dowiaduję się kolejnej zimy, że po kryjomu przede mną, radośnie pluskają się rodzice.
W następnych latach dołączył brat, jego szwagier i paru znajomych.

Wszyscy chwalą sobie tą formę wypoczynku, jednak należy pamiętać o pewnych zasadach, które zebrałem po kilkuletnich doświadczeniach.

Po pierwsze odpowiednia pogoda!!!
Mróz może być koszmarny (-25 stopni to najniższa temperatura, przy której to robiłem), grunt żeby nie wiało, ponieważ jak wiadomo wiatr (nawet najlżejszy) doskonale wychładza, stąd popularność wiatraków latem ;)

Po drugie umiejętne rąbanie przerębla, aby zbytnio się nie zachlapać wodą.

Metodą prób i błędów, moją najnowszą techniką rąbania jest początkowe nacięcie tafli, tak żeby nie przebić się do wody ale być tuż nad nią.
Dodatkowo nie rąbię rogów, ponieważ woda która wypłynie po przebiciu lodu, wypełni cały rowek i kończąc przebijanie, cudownie zachlapiemy całe ubranie.
Zatem szybkimi ciosami przebijamy się osobno w obrębie każdej linii, a na koniec pojedynczymi uderzeniami oddzielamy krę, następnie wpychając ją pod pozostały lód.

Trzecia jest porządna rozgrzewka.
Jeżeli to my byliśmy rębaczami, a lód odpowiednio gruby, tą pozycję można sobie odpuścić, bo już jesteśmy odpowiednio rozpaleni.

Ważny jest też właściwy strój.
Czapka to podstawa!!!
Opcjonalnie można założyć rękawiczki, bo w paluszki jest zimno ;D

Teraz już pozostaje nam radośnie wkroczyć w mroczną otchłań

i plumkać się ile kto wytrzyma, z bolesnym szczękościskiem mającym udawać szczery uśmiech ;)))

Wychodząc z wody, staram się to robić na jakiś materiał (kurtka, ręcznik), ponieważ stopy szybko kostnieją od zimnego podłoża.

Wrażenia po kąpieli są niesamowite.
Człowiek jest rześki, pełen energii, a także odczuwa się niesamowite... ciepło ;)

Kąpiele zdecydowanie odradzam mężczyznom z kompleksami, bo zimna woda silnie wpływa na kurczliwość ;D

poniedziałek, 22 listopada 2010

Lady Gaga & Robert Crumb

Gaga śpiewa...
Gaga śpiewa?
Gaga śpiewa ;)

Zapomniałem we wczorajszym Qltury weeku wspomnieć, że przecież już w najbliższą sobotę w Sopocie, odpierdoli koncert Lady Gaga.
Wyleciało mi to z głowy, bo niestety nie idę (brak funduszy) ;/
Podobno show daje niezły, i te stroje, i śpiewać na żywo potrafi, i pewnie będzie jedno wielkie pedałowisko (to już samo w sobie będzie widowisko), i mówcie co chcecie ale ma dziewuszysko charyzmę.
Można się zżymać, że kicz, że wydmuszka, że żenada, tylko że jakie czasy taki pop idol.
Z drugiej strony szaleje ona już tak ze swoim wizerunkiem, że chyba mało co w jej wykonaniu jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć.
Chociaż............

Tutaj następuje szybki przeskok na inną popkulturową półeczkę, a mianowicie do komiksowego piekiełka.
Robert Crumb był kiedyś na początku swojej twórczej drogi enfant terrible komiksowej sztuki.
Działał w obrazkowym podziemiu, nie szanował żadnej świętości, wyśmiewał wszystko i obrażał wszystkich, tym sposobem dość szybko dorobił się gromadki fanatycznych wyznawców ;)
Czyli jak nic Lady Gaga komiksu ;D
Został miszczem i nadal nie miał dla niczego szacunku.
Znienawidzony przez Kościół (zadeklarowany ateista - szydził dość często z tej mafijnej korporacji) oraz wojujące feministki (kobiety w jego opowieściach były mocno uprzedmiotowione).
Więc jak ogłosił że teraz zabiera się za Biblię, na ludzi padł blady strach.
Po kilku latach benedyktyńskiej pracy, zaskoczył absolutnie wszystkich, wiernie odtwarzając (tylko... aż...) Księgę Rodzaju i wizualizując całość koronkowymi (sic!) kadrami (nawet styl rysowania zmienił, chociaż charakter pozostał).

W Polsce za wydanie tego dzieła zabrało się Wydawnictwo Literackie (kolejne zaskoczenie), w archaicznym (trudnym) przekładzie Izaaka Cylkowa.
Wszystko pięknie gra i buczy, tylko ta okładka taka jakaś bez chuja, bo przecież nawet namalowany straszy bardziej niż hektolitry krwi wylewane we wszelakich filmach.
POLECAM!!! Szczególnie ludziom spoza komiksowego getta.

wtorek, 2 listopada 2010

Fafik's travels 9 - BET: Chorwacja - FKK Ulika

Źródło: skogar.de

Chorwacja znana jest jako europejska kolebka kempingów naturystycznych, profesjonalnie nazywanych FKK, od niemieckiego konglomeratu słów Freikörperkultur, co na uniwersalny język angielski, tłumaczone jest jako Free Body Culture.
Łącznie w kraju jest 12 kempingów, z czego na Istrii 7, w Kvarnerze 3, w Dalmacji 2. Wyznaczonych jest także 17 oficjalnych plaż naturystycznych, które stanowią część plaż przy hotelach i kempingach.
Jednak naturystów można spotkać także po za FKK, często nawet w dość zatłoczonych miejscach. Nikogo to nie dziwi i nikt się nie oburza.
Powszechnie praktykowanym zwyczajem jest opalanie się pań bez górnej części kostiumu.
Żeby poczytać odrobinę o naturystycznej filozofii można cofnąć się do tego wpisu.

Najbardziej znane (kultowe) ośrodki znajdują się oczywiście na Istrii i są to:
Polaris niedaleko Poreca,
Valalta koło Rovinj'a
oraz najsłynniejsza Koversada, z której najprościej dostać się z Vrsaru.
Dwa ostatnie znajdują się na przeciwległych brzegach chorwackiego fiordu zwanego Kanałem Limskim.

Jeżeli decyduję się na wypoczynek polegający na leżeniu plackiem i pluskaniu się w wodzie, staram się wynajdywać miejsca mniej oblegane (sławne).
Taki jest autocamping Ulika (w istryjskiej gwarze znaczy oliwka), zajmujący półwysep znajdujący się jakieś 5 km (12 km szosą) w linii prostej od Poreca.
Okres funkcjonowania: 16/04 do 10/10.



Na ogrodzonym terenie jest pełne zaplecze kulturalno-gastronomiczne, zatem nie ma potrzeby opuszczania tego miejsca ani na krok (jeżeli ktokolwiek wytrzyma codzienne nicnierobienie).
Przy okazałym wjeździe, ze szlabanami (obowiązują przepustki),
Źródło: kroistra.de

po prawej stronie, znajduje się budynek recepcji z kawiarenką internetową.
Źródło: bilder.krolada.de

Dalej znajduje się właściwy teren campingu, porośnięty oliwkowo-piniowo-dębowym gajem, podzielony na strefy z domkami,
Źródło: camping.hr

dla camperów, przyczep campingowych, namiotów.

Są tutaj sklepy, salon masażu, restauracje i bary, w tym mój ulubiony w samym centrum półwyspu, serwujący rewelacyjne, chorwackie żarcie, w przyzwoitej cenie,
Źródło: photoforum.istria.info

korty tenisowe, pole do minigolfa oraz buli, boiska do gry w różne piłki, plac zabaw,
Źródło: adriaforum.com

odkryty basen ze słodką wodą,
Źródło: forum.kroatien-tipps.de

Źródło: croatia-tourizm.info

Źródło: yasni.co.uk

marina oraz jakieś dwa kilometry skalisto-kamieniestej plaży.
Źródło: panoramio.com

Źródło: croatia.hr

Polacy przyzwyczajeni do złocistego, bałtyckiego piasku narzekają na chorwackie skały. Moim zdaniem leżenie na ciepłych głazach może nie należy do najwygodniejszych na świecie, jednak ma jedną wielką zaletę, mianowicie po zejściu z plaży nie musimy wygrzebywać z każdego zakamarka naszego ciała ton piasku ;)

Jest nawet spory wydzielony areał, przeznaczony dla wypoczynku zwierząt (z plażą i prysznicami).
Źródło: zapomniałem ;/

Po całym obszarze poruszmy się oczywiście na golasa.
WSPANIAŁE UCZUCIE!!!
Wyjątkami od reguły są wizyta w sklepie (nie ma zbytnio gdzie schować portfela), barze (ze względów czystohigienicznych wypada mieć, chociaż ręcznik pod tyłkiem) oraz wieczorne spacery (chłód).
Punkty sanitarne nie mają podziału na strefy kobiece i męskie, bo po co ;)
Największy ból jest wtedy, gdy po tygodniu takiej swobody trzeba znowu wciągnąć łachy (wszystko drapie, swędzi i uwiera).

Polaków jest jak na lekarstwo (brak w naszym ultrachrześcijańskim narodzie normalnego postrzegania nagości), najwięcej jest Niemców (Chorwacja to kolejny niemiecki land), Austriaków, Włochów i Słoweńców (stosunkowo niewielka odległość).

Jeżeli ktoś ma jeszcze mało informacji na temat tego campingu, to zapraszam na forum o Chorwacji, do tego tematu.

Generalnie jest całkowity zakaz robienia zdjęć, jednak wcześnie rano lub wieczorem nikt zbytnio nie oponuje, po za tym za dnia jeżeli robimy fotki nie naruszając intymności współplażowiczów, też nikt nie robi problemów.
Zatem teraz kilka własnych zdjęć na zakończenie naturystycznej relacji.

Nasz mały namiocik prezentował się wyjątkowo skromnie na tle sąsiednich siedzib.

Rozbiliśmy go prawie że nad brzegiem morza, także do snu kołysał nas pobliski szum fal.

Miejsce zamieszkania należy oznaczyć takim znaczkiem.

Podczas gdy Panek na rozpalonych kamieniach wytapiał zwały tłuszczu z opasłego cielska,

moczył się w słonej wodzie w poszukiwaniu morskich skarbów,

z których kiedyś przy wolnej chwili zamierza zrobić pamiątkę z pobytu (jakiś naszyjnik lub inny badziew)
lub grał z powodzeniem w minigolfa na lazurowym tle,

ja obserwowałem kormorany suszące się na skałach

albo próbowałem nawiązać nić przyjaźni z krabami zamieszkującymi sosnę ocieniającą nasz domek.

Jutro ostatni chorwacki wpis (nawet pisząc o tym jakoś mi smutno i nostalgicznie).
Byle do lata ;D
Na pożegnanie piosenka, która nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z pobytem w Chorwacji i za każdym razem jak ją słyszę to przed oczyma ukazują się obrazy: błękitne wody, błyszczący marmur, czerwone dachówki, oliwne gaje, winnice i pachące pola lawendowe.

Źródło: cronatur.com

piątek, 20 sierpnia 2010

Fafik's travels 6 - Mierzeja Helska: Chałupy


Ostatnia miejscowość znajdująca się bezpośrednio na półwyspie to Chałupy.
Jest to idealne miejsce (jeżeli przyjechało się tutaj pociągiem) jako baza wypadowa w inne rejony. Największa zaleta polega na tym, że wszystkie pociągi jadące z Helu w Polskę są zawsze koszmarnie zatłoczone i tutaj jest ostatnia możliwość wejścia do pociągu i znalezienia wolnego siedzenia.
We Władysławowie często, gęsto wielu ludzi nie ma nawet szans żeby do wagonu wsiąść ;/
Z drugiej strony niewielka odległość od tego miasta powoduje, że w każdej chwili można sobie wyskoczyć tam za jakąkolwiek potrzebą.
Jest tutaj zatrzęsienie pól kempingowych, ciągnących się prawie do samego Władka. Upodobałem sobie Polaris, po części dlatego że nie jest tak zatłoczone. Z drugiej strony część terenu jest bardzo nisko położona i po większej ulewie można marnie skończyć. Nie jest aż tak strzeżone, więc przy odrobinie sprytu da się rozbić namiot na dziko.

Zabytków tu nie ma żadnych, natomiast ze względu na niewielką głębokość zatoki, Chałupy są doskonałym (znanym na całym świecie) miejscem do uprawiania wind i kitesufingu.

Zatem w kilku beach barach, imprezuje do białego rana cała masa surferów.

Jednak dla potomnych uwiecznił tą osadę Zbigniew Wodecki, śpiewając o paradujących tutaj golasach.

Jak dojść do naturystycznej plaży, dość zgrabnie wyjaśnił mój Pan pewnemu inwalidzie, na końcu tego tematu na forum NHP.

Na samej plaży, oprócz legalnego biegania na golasa, można lepić zamki z piasku i... bałwany... o takie oraz takie ;D

W przystani na skraju wsi jest niezła smażalnia i wędzarnia ryb.
Pod koniec lipca odbywają się tutaj regaty starych łodzi rybackich "Kaszubskie Łodzie pod Żaglami".
Pewnego razu udało mi się tu pstryknąć bardzo klimatyczną fotografię.

piątek, 11 czerwca 2010

Nudyzm czy naturyzm?


Wirtualna Polska właśnie zaprezentowała "Najlepsze plaże nudystów"
Piękne plaże!!!
Tylko gdzie Ci nudyści ;-)
Jacyś naturyści są na pierwszym zdjęciu, a cała reszta to piękne widoczki.
Komentarze pod zdjęciami wołają o pomstę do nieba i niestety pokazują, że cały czas mentalnie Polacy tkwią w Ciemnogrodzie, a gdzie tu liczyć na zrozumienie dla innych, bardziej "radykalnych" grup społecznych.

Poza tym w naszym kraju jeszcze pokutuje pojęcie nudyzmu, które kojarzy mi się z nudą.
Współcześnie stosuje się pojęcie NATURYZM.

Dekalog naturysty, prezenowany m.in. na NNS:
1. Naturystą jest się zawsze i wszędzie, gdyż jest to filozofia, sposób życia i działania, a nie tylko opalanie się na golasa.
2. Naturysta - jak mędrzec - może mówić: „Wszystko, co ludzkie, nie jest mi obce". Pamiętał jednak, by to „wszystko" nie sprawiało innym przykrości, nie raziło ich przekonań i uczuć oraz nie było przeciw naturze.
3. Naturyści są dla siebie przyjaciółmi i dlatego mówią sobie po imieniu i wzajemnie pomagają.
4. Pamiętaj, że jesteś cząstką natury. Poznawaj więc naturę i chroń ją dla siebie i następnych pokoleń. Nie zakłócaj jej głosów. Radio zostaw w domu. Noś z sobą uśmiech, przyjaźń i miłość do całego świata. Miłość do innych i do natury to podstawa twojego działania.
5. Wszystko, co wynika z natury traktuj naturalnie - bądź szczery w mowie i w czynach.
6. Dbaj o swoje zdrowie fizyczne i psychiczna, o higienę i schludny wygląd. Ograniczaj używanie alkoholu i papierosów, a najlepiej nie pij i nie pal. Bacz, byś nie zabijał w sobie człowieczeństwa. Pamiętaj że jesz aby żyć, a nie żyjesz aby jeść.
7. Chociaż urodziłeś się nagi, nie od razu byłeś naturystą. Nie przeszkadzaj innym poznawać nasze zwyczaje, ułatw im to - może też zostaną naturystami.
8. Naturyści kąpią się i opalają nago dla zaznaczenia, że nic co pochodzi od natury, nie wymaga ukrywania. Czynią to jednak we własnym gronie i nie narzucają się innym.
9. Bądź tolerancyjny. Propaguj nasze idee, lecz czyń to dobrym słowem i przykładem, nie bądź natrętny. Twoje czyny niech będą zachętą dla innych.
10. Szukaj radości nie w braniu, lecz w dawaniu.

Momentami brzmi nachalnie lub naiwnie ;-) ale generalnie prawdziwie przedstawia idee naturyzmu.


A wczoraj Onet.pl prezentował trzech facetów moczących się w fontannie.
Pytanie: To byli naturyści, ekshibicjoniści czy imprezowicze z ułańską fantazją?

Polecam wpis o naturystycznym kempingu z prawdziwego zdarzenia.

wtorek, 25 maja 2010

Papcio Chmiel musi odejść i inne dyrdymały

Henryk Jerzy Chmielewski potocznie zwany Papcio Chmielem WIELKIM ARTYSTĄ JEST i basta.
Od lat tworzy swój sztandarowy cykl "Tytus, Romek i A'tomek", który "bawiąc - uczy" i odwrotnie.
Gdzieś w okolicach 25 księgi, Tytus nieoczekiwanie zaobrączkował się z niejaką Szympansią, a Papcio szumnie zapowiedział zakończenie kariery rysowniczej. Później mu się odwidziało i postanowił dobrnąć do okrągłej trzydziestki, którą przekroczył dodatkową księgą.
W tym okresie forma w zakresie fabuły, żartu i rysunku zaczęła drastycznie spadać i powstały przeróżne czerstwe pierniki.
Znów miał być definitywny koniec, ale sprytny Henio, co by go nie posądzono o rzucanie słów na wiatr, postanowił dalej edukować młodzież (tym razem w zakresie patriotycznym) już nie w klasycznych, przygodowych zeszytach, tylko potężnych, jednoplanszowych "artbookach", wysyłając swoje "dzieciaki" w przeszłość.
Najpierw kazał im uczestniczyć w Powstaniu Warszawskim, a teraz w Bitwie Warszawskiej 1920 roku.
I cóż można powiedzieć o tym projekcie...
Humor naciągany jak barchanowe gacie mojej prababci, nachalna, patriotyczna propaganda i rysunkowe kiksy.

Nasza narodowa małpka jest wyjątkowo giętka ;-)

Jak z godnością kończyć karierę pokazał Janusz Christa, który z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, z dnia na dzień zrezygnował w "udzielaniu się".
Od święta dał się namówić na "mały" wywiad, a gadane to facet miał, albo kameralne rozdawnictwo autografów. Żadnych więcej komiksów...
Papcio Chmiel niestety zarzyna sam siebie ;-(


Tęczowy Komiks Box cały czas żyje i jest uzupełniany zaległymi skanami, świeżutkimi przykładami i malutkimi uzupełnieniami tekstu.

piątek, 21 maja 2010

A Single Man versus I Love You Phillip Morris

Rzadko zdarza się taka gratka, że tydzień po tygodniu wchodzą do kin dwa filmy, których głównymi bohaterami są pedzie.
Jest to ich jedyny wspólny mianownik, natomiast różni je wszystko.
Żeby nie marnować czasu na dwa oddzielne wpisy, postaram się zrobić karkołomne porównanie tych dzieł.

"Samotny mężczyzna" - dramat, pokazujący jeden dzień zmagania się z życiem, podstarzałego pedanta, po stracie wieloletniej miłości. Jego naście lat młodszy partner, zginął w wypadku samochodowym.
Otwierająca film scena, gdy George (Colin Firth) dowiaduje się przez telefon o śmierci ukochanego, z jednoczesną niemożnością uczestniczenia w jego pogrzebie - WBIJA W FOTEL!!!
Później bohater szykuje się do pracy, spotyka sąsiadów, współpracowników, najbliższą przyjaciółkę, nieznajomych itp.
Normalnie męka...

Nie jestem zwolennikiem opisywania fabuły w recenzjach, więc to co jest powyżej, niby się zgadza, ale niezupełnie ;-)
Nie chciałbym potencjalnym widzom zepsuć zabawy odkrywania, jak od pierwszej minuty jest ona przewidywalna ;D
To chyba największy minus filmu, rekompensowany przez kilka plusików.

Po pierwsze - gra aktorska.
Colin zagrał fenomenalnie i nie bez powodu otrzymał Złotego Globa oraz został nominowany do Oscara.
Julianne Moore rewelacyjnie mu sekunduje, w roli dawnej miłości.
Młodzi, śliczni mężczyźni, równie nieźle grają, prężąc bicepsy, klaty i poślady.
Epizodyści obojga płci, choć migają przez ekran, to zapadają w pamięć.

Po drugie - zdjęcia, utrzymane w brunatnoszarej tonacji, wybuchające feerią barw, gdy główny bohater jest szczęśliwy.

Po trzecie - muzyka Abla Korzeniowskiego.
Już lecę kupować CD.

Po czwarte - scenografia oddająca ducha epoki.

Po piąte - ciuchy, fryzury, makijaże, gadżety i detale. W końcu reżyserem jest facet, który jak mało kto zna się na pięknie i modzie.

Co mnie denerwowało, oprócz oczywistego finału?

1. Retrospektywne wspomnienia chwil spędzonych z Jimem - bajka, sielanka i miód z mlekiem, lane na zbolałe serduszko, mdlą aż między zębami sacharyna skrzypi.
Szesnaście lat spędzonych razem w idealnym związku!!!
OK
Rozumiem, że pośmiertnie, szczególnie tych nam bliskich, wspominamy w samych superlatywach, ale jeżeli byłoby to pokazane w sposób słodko-gorzki (jesteśmy razem pomimo różnic), dodałoby opowieści sporo wiarygodności.

2. Robienie w wała potencjalnego widza.
"Jeden dzień - być może najważniejszy - z życia ... profesora uniwersyteckiego, który nie może sie pogodzić z tym, że stracił swoja wielką miłość. Tego dnia pozornie nieistotne spotkania i czas spędzony z dawną ukochaną, otworzył przed nim niespodziewane szanse na nowe uczucie..."
Tyle w reklamowej ulotce.
Ani słowa o miłości gejowskiej, a wręcz sugerowanie, że chodzi o uczucie między kobietą i mężczyzną.

3. Hipokryzja w pokazywaniu piękna męskiego ciała, a golizny jest sporo. Tylko co z tego, że dupa kuka z zaułka, en face i profilem, z dołu, z góry i po skosie.
Jak w komiksach z superbohaterami w tak obcisłych trykotach, że widać każdą, najmniejszą wiązkę mięśnia, a Waca niet!
Ludzie!!! To jest tylko kilkunastocentymetrowy skórzany flak! Równie piękny jak inne części ciała.

Nie chciałbym być źle zrozumiany, że niby pragnę zobaczyć co dany aktor w portkach nosi.
Szczerze.
Mało mnie to obchodzi, tylko jako stuprocentowy naturysta, szczycący się średnią europejską, cały czas zachodzę w głowę, po chuj chować chuj, kiedy epatuje się całą resztą???
Zatem dochodzi do takich absurdów, gdzie dokonuje się wyliczanki filmowych full frontali ;]

Szedłem do kina z nadzieją, że się totalnie wzruszę, poryczę i usmarczę jak na "Tajemnicy Brokeback Mountain" czy "Obywatelu Milku".
Wyszedłem zmieszany, nie wstrząśnięty i tak mi zostało.



"I love you Phillip Morris", czyli komedia romantyczna o miłości zakłamanego Stevena do naiwnego Phillipa.
Tak jak w poprzednim przypadku, producenci wprowadzają ludzi w błąd, bo pod płaszczykiem totalnej zgrywy z gejowego światka (część ludzi po obejrzeniu zajawki, pójdzie zobaczyć kolejne wygibasy Jima Careya i niesmaczne żarty z tych "głupich" pedałów), przemycają real gay life, z jego radościami i smutkami, jednak nie ukrywają jakie relacje łączą parę bohaterów.
Sam byłem świadkiem jak widzowie śmiali się z cioterskich wstawek chociażby seksu, natomiast nerwowo reagowali na okazywanie sobie czułości przez dwójkę facetów, bo w oczach heteryków, miłość między osobami tej samej płci to najzwyklejsze porno (samo rżnięcie i nic poza tym), natomiast uczucia wyższe są niewyobrażalne.
Ciotki-sufrażystki podniosą zapewne larum, że wykrzywia się po raz kolejny wizerunek wzorcowego geja, jednak nie zapominajmy, z jakim gatunkiem filmowym mamy do czynienia.
Czy komedie romantyczne o "normalnych" związkach pokazują rzeczywistość?

Ewan McGregor w roli nieśmiałego, przegiętego pedzia jest jak zwykle idealny (w przypadku tego aktora nie jestem obiektywny), natomiast Jim Carey o dziwo nie przerysował karykaturalnie swojej postaci. Może nie jest to kreacja na miarę "Truman Show", ale ten urodzony komik, daje radę w poważniejszych momentach filmu.

Można by się czepiać, że gdzieś w połowie, obraz traci klimat i rytm, natomiast nadrabia kilkoma niespodziewanymi voltami i kilka razy rzeczywiście mnie zaskoczył.

Seans zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, tym bardziej że wzruszyłem się bardziej na "głupawej" komedii, niż na poważnym dramacie.
Nie znaczy to jednak, że odradzam obejrzenie "Samotnego mężczyzny". To zależy czego oczekujemy od samego filmu.
Jeżeli wzruszeń i nostalgii z elementami żartobliwymi, do tego ślicznie opakowanymi, to zdecydowanie pierwszy z nich.
Drugi daje nam lekką i frywolną historię (podobno na faktach autentycznych), niosącą ze sobą poważniejsze treści.