Korzystając z okazji, że mama Panka odbywała turnus sanatoryjny w Inowrocławiu, postanowiliśmy wreszcie odwiedzić to miasto, które jest jednym z najstarszych w kraju, przez które przebiegał szlak bursztynowy.
Patronką jest Królowa Jadwiga.
Chciałbym napisać, że miasto niczym się nie wyróżnia, jednak byłoby to kłamstwo i nadużycie.
Tak jak Wrocław posiada swoją drużynę krasnali, tak na inowrocławskich ulicach i skwerach możemy napotkać średniowieczne dzieci bawiące się zwierzątkami.
Fantastyczną niespodzianką okazała się spora kolekcja socrealistycznej sztuki, której jestem wielkim fanem.
Gdy większość polskich miejscowości, pozbywała się na potęgę tych świadectw naszej historii, zastępując je (szczególnie obecnie) papieskimi koszmarkami, inowrocławscy włodarze na szczęście pozostawili te pamiątki dla przyszłych pokoleń.
Moim zdaniem najpiękniejsze perły socrealistycznej rzeźby i designu, znajdują się na terenie rozległego parku zdrojowego.
Przed wejściem wita nas olbrzymi paw, pełniący również rolę zegara słonecznego.
Najchętniej zabrałbym go ze sobą i postawił przed własną budą!
Gdzieś na uboczu jest Ziemowit, któremu ktoś pomalował paznokcie na różowo.
Jednakże największy zachwyt wzbudziły trzy nagie gracje, szeptające sobie do uszek.
Inowrocław znajduje się nad pokładami soli kopalnej, zatem nie dziwi fakt, że znajduje się tutaj uzdrowisko.
Tężnie solankowe znajdują się po drugiej stronie sporego stawu i prowadzi do nich drewniany mostek, dlatego w pierwszej chwili ma się wrażenie, że kompleks znajduje się na wyspie.
Konstrukcja jest tak zaprojektowana, żeby miało się wrażenia spacerowania po średniowiecznym zamczysku.
Niestety wizyta w najważniejszych zabytkach Inowrocławia rozczarowuje i przygnębia.
Najstarszy, romański Kościół Najświętszej Maryi Panny zamknięty był na głucho, więc do podziwiania pozostały tylko mury zewnętrzne.
Do gotyckiego Kościoła św. Mikołaja, można było wejść tylko do kruchty, obok straszyła zniszczona, drewniana dzwonnica, z paskudnym gruzowiskiem za murami, a jedno z zamurowanych wejść bocznych służy za miejski szalet.
WSTYD!!!
Miasto okazało się na tyle interesujące, że postaram się jeszcze wrócić tam latem, żeby przespacerować się z trzema przecudnymi pannami wśród ukwieconych rabatek.
piątek, 16 stycznia 2015
wtorek, 6 stycznia 2015
Bizzare bite 11 - PasChuj
Pascha to rodzaj sernika na zimno.
Robi się ją wyjątkowo szybko i łatwo, a smak jest nieziemski
Panek ostatnio obchodził okrągłą rocznicę pracy w jednym przybytku, zatem postanowiłem zrobić mu z tej okazji niespodziankę.
Zastanawiałem się jaki kształt najbardziej oddaje jego ducha? Nawet długo to nie trwało i w ten sposób powstał:
PASCHUJ
Składniki:
0,5 kg tłustego twarogu,
100 g masła,
200 g mieszanki keksowej,
3 żółtka,
3/4 szklanki cukru pudru,
1 torebka cukru waniliowego,
solidna garść płatków migdałowych oraz rozdrobnionych orzechów włoskich
sok z połowy cytryny.
Czas przygotowania: 0,5 godziny.
Sposób przygotowania:
Do dużej miski wsypujemy cukier, wrzucamy masło, dodajemy żółtka i ucieramy na jednolitą masę. Następnie po kropelce dozujemy sok z cytryny, mieszając energicznie, aby masa się nie zważyła! Twaróg odsączamy z nadmiaru serwatki. Na koniec dodajemy odciśnięty biały ser, mieszankę keksową, orzechy oraz migdały. Łączymy składniki. Formujemy masę w dowolny kształt, w tym wypadku penisa i praktycznie możemy już zjadać ze smakiem serniczek, chociaż najlepiej włożyć go do lodówki i serwować schłodzony.
Uwaga!
Najlepiej paschę formować w gotowe porcje (stożki, kulki, kostki). Najbardziej lubię niewielkie kulki zawijać w skrawki pociętej gazy opatrunkowej. Materiał wchłania nadmiar wilgoci, a deser podany w ten sposób wygląda niebanalnie.
Drogi Panku, 100 lat... w pracy!!!
Państwu życzę smacznego.
Robi się ją wyjątkowo szybko i łatwo, a smak jest nieziemski
Panek ostatnio obchodził okrągłą rocznicę pracy w jednym przybytku, zatem postanowiłem zrobić mu z tej okazji niespodziankę.
Zastanawiałem się jaki kształt najbardziej oddaje jego ducha? Nawet długo to nie trwało i w ten sposób powstał:
PASCHUJ
Składniki:
0,5 kg tłustego twarogu,
100 g masła,
200 g mieszanki keksowej,
3 żółtka,
3/4 szklanki cukru pudru,
1 torebka cukru waniliowego,
solidna garść płatków migdałowych oraz rozdrobnionych orzechów włoskich
sok z połowy cytryny.
Czas przygotowania: 0,5 godziny.
Sposób przygotowania:
Do dużej miski wsypujemy cukier, wrzucamy masło, dodajemy żółtka i ucieramy na jednolitą masę. Następnie po kropelce dozujemy sok z cytryny, mieszając energicznie, aby masa się nie zważyła! Twaróg odsączamy z nadmiaru serwatki. Na koniec dodajemy odciśnięty biały ser, mieszankę keksową, orzechy oraz migdały. Łączymy składniki. Formujemy masę w dowolny kształt, w tym wypadku penisa i praktycznie możemy już zjadać ze smakiem serniczek, chociaż najlepiej włożyć go do lodówki i serwować schłodzony.
Uwaga!
Najlepiej paschę formować w gotowe porcje (stożki, kulki, kostki). Najbardziej lubię niewielkie kulki zawijać w skrawki pociętej gazy opatrunkowej. Materiał wchłania nadmiar wilgoci, a deser podany w ten sposób wygląda niebanalnie.
Drogi Panku, 100 lat... w pracy!!!
Państwu życzę smacznego.
czwartek, 1 stycznia 2015
Fafik's travels 32 - Polin
Tym razem zapraszam Państwa na wycieczkę do muzeum.
Nie jestem typem psa muzealnika. Od chodzenia w pomieszczeniach i oglądania różnych przedmiotów, bibelotów, dokumentów i innych pierdół, wolę hasy na wolnym powietrzu, zaglądanie w różne dziury, obsikiwanie starożytnych murków, wąchanie kwiatów itp.
Mimo tego od czasu do czasu zdarza mi się do muzeum pójść, szczególnie jak jest ogólny nad nim zachwyt. Niestety zawsze wychodzę stamtąd z pewnym niedosytem.
Tym razem postanowiłem odwiedzić najnowszy muzealny przybytek miasta stołecznego.
Zwiedzanie wystawy stałej rozpoczynamy od symbolicznego zstąpienia w mroki pradawnej puszczy.
Ta pierwsza ekspozycja jest skonstruowana dość przewrotnie, bo owa "straszliwa" puszcza wyświetlana jest na kilku wielkich panelach ciekłokrystalicznych, w dość jasnej tonacji, przy dźwiękach natury, dobiegających z niewidocznych głośników.
Efekt jest intrygujący i zachęca do ruszenia w dalszą podróż przez wieki, a ma ona razem (jak mi zdradziła Pani Kustoszka) 8 km.
Trafiamy do średniowiecznych miast,
żydowskich miasteczek,
bajecznie zdobionej synagogi, trochę jak na mój gust (to jedynie rekonstrukcja) zalatującej cepeliadą. Będziemy uczestniczyć w żydowskim weselu,
albo zostaniemy słuchaczami słynnej jesziwy w Wołożynie.
Razem z trzema mocarstwami dokonamy rozbioru Polski,
a po odzyskaniu niepodległości, wprost z malowniczej uliczki
pójdziemy do kina,
albo do kawiarni. Poczujemy twarde jarzmo niemieckiej okupacji, zamknięci w nieludzkich warunkach getta,
przeżyjemy (jako nieliczni) Holokaust,
by wrócić na zgliszcza Warszawy, próbując ją odbudować lub na zawsze wyjechać do odrodzonej ojczyzny.
Losy Polaków i Żydów, choćby nie wiem jak niektórzy zaprzeczali i starali się wyprzeć z pamięci, są ściśle ze sobą związane.
Podoba mi się w tej instytucji, że jako pierwsza w kraju skupia się na wielowiekowej wspólnocie i tradycji obu narodów, a nie magluje po raz kolejny, krótkiego i dramatycznego wycinka całej historii.
Po raz pierwszy wyszedłem z muzeum z myślą, że chciałbym do niego wrócić.
Muzeum specyficznego, bo posiadającego znikomą ilość artefaktów z przeszłości (większość z nich jest wypożyczona od innych instytucji lub otrzymana w darze).
Muzeum skupionego na narracji, opowiadaniu historii, gdzie każda z sal ekspozycyjnych była aranżowana przez inną osobę, przez co uzyskano efekt różnorodności, dzięki czemu nie wieje tam nudą.
Nie jestem typem psa muzealnika. Od chodzenia w pomieszczeniach i oglądania różnych przedmiotów, bibelotów, dokumentów i innych pierdół, wolę hasy na wolnym powietrzu, zaglądanie w różne dziury, obsikiwanie starożytnych murków, wąchanie kwiatów itp.
Mimo tego od czasu do czasu zdarza mi się do muzeum pójść, szczególnie jak jest ogólny nad nim zachwyt. Niestety zawsze wychodzę stamtąd z pewnym niedosytem.
Tym razem postanowiłem odwiedzić najnowszy muzealny przybytek miasta stołecznego.
czyli
Muzeum Historii Żydów Polskich
Zachwyt zaczyna się już nad bryłą budynku, w którym się znajduje. Zarówno nad wyglądem zewnętrznym oraz falującym atrium, który symbolizuje rozejście się wód Morza Czerwonego.Zwiedzanie wystawy stałej rozpoczynamy od symbolicznego zstąpienia w mroki pradawnej puszczy.
Ta pierwsza ekspozycja jest skonstruowana dość przewrotnie, bo owa "straszliwa" puszcza wyświetlana jest na kilku wielkich panelach ciekłokrystalicznych, w dość jasnej tonacji, przy dźwiękach natury, dobiegających z niewidocznych głośników.
Efekt jest intrygujący i zachęca do ruszenia w dalszą podróż przez wieki, a ma ona razem (jak mi zdradziła Pani Kustoszka) 8 km.
Trafiamy do średniowiecznych miast,
żydowskich miasteczek,
bajecznie zdobionej synagogi, trochę jak na mój gust (to jedynie rekonstrukcja) zalatującej cepeliadą. Będziemy uczestniczyć w żydowskim weselu,
albo zostaniemy słuchaczami słynnej jesziwy w Wołożynie.
Razem z trzema mocarstwami dokonamy rozbioru Polski,
a po odzyskaniu niepodległości, wprost z malowniczej uliczki
pójdziemy do kina,
albo do kawiarni. Poczujemy twarde jarzmo niemieckiej okupacji, zamknięci w nieludzkich warunkach getta,
przeżyjemy (jako nieliczni) Holokaust,
by wrócić na zgliszcza Warszawy, próbując ją odbudować lub na zawsze wyjechać do odrodzonej ojczyzny.
Losy Polaków i Żydów, choćby nie wiem jak niektórzy zaprzeczali i starali się wyprzeć z pamięci, są ściśle ze sobą związane.
Podoba mi się w tej instytucji, że jako pierwsza w kraju skupia się na wielowiekowej wspólnocie i tradycji obu narodów, a nie magluje po raz kolejny, krótkiego i dramatycznego wycinka całej historii.
Po raz pierwszy wyszedłem z muzeum z myślą, że chciałbym do niego wrócić.
Muzeum specyficznego, bo posiadającego znikomą ilość artefaktów z przeszłości (większość z nich jest wypożyczona od innych instytucji lub otrzymana w darze).
Muzeum skupionego na narracji, opowiadaniu historii, gdzie każda z sal ekspozycyjnych była aranżowana przez inną osobę, przez co uzyskano efekt różnorodności, dzięki czemu nie wieje tam nudą.
sobota, 19 kwietnia 2014
Bizzare bite 10 - Łosoś pod kołderką cytrusowo-korzenną
Jutro Wielkanoc zatem proponuję rybę na śniadaniowy stół.
ŁOSOŚ POD KOŁDERKĄ CYTRUSOWO-KORZENNĄ
Składniki:
0,5 kg filetu z łososia (świeży),
0,5 kg marchewki,
pół selera,
2 pomarańcze,
1 grapefruit,
1 cytryna,
pół puszki ananasa w kostce + cały sok,
4 łyżki rodzynek,
4 łyżki płatków migdałowych,
4 łyżki cukru,
łyżeczka soli,
łyżeczka gałki muszkatułowej,
łyżeczka czarnuszki,
pół łyżeczki ostrej papryki,
liść laurowy,
szklanka wody.
Czas przygotowania: 1,5 godziny.
Sposób przygotowania:
Rybę porcjujemy, korzenie i owoce (oprócz cytryny) obieramy, kroimy w kostkę (2 marchewki w centymetrowe talarki), cytrynę porządnie szorujemy i kroimy na pół centymetrowe plastry.
Do garnka z szerokim dnem wlewamy wodę i sok z ananasa, wrzucamy warzywa oraz cytrusy (bez ananasa). Posłodzić, posolić, przyprawić, zamieszać, na wierzch położyć kawałki ryby, doprowadzić do wrzenia i dusić na małym ogniu przez 25 minut. Nie mieszać.
Następnie wyjąć rybę na osobny talerz, odcedzić resztę składników, a płyn zredukować na ogniu do połowy, dodając do niego rodzynki, migdały oraz ananasa.
Znowu cedzimy, wywar dodajemy do poprzednich składników (uprzednio wyjmując marchewkowe talarki oraz połowę cytrynowych plastrów) i miksujemy na jednolitą, puszystą masę.
Łączymy to z ananasem, migdałami, rodzynkami oraz talarkami marchwiowymi. Podgrzewamy.
Na dno wysokiego pojemnika wylewamy część masy, na to wykładamy kawałki ryby, zakrywamy częścią masy, znów ryba itd.
Na wierzch reszta masy. Dekorujemy płatkami migdałów, rodzynkami oraz plasterkami cytryny.
Można jeść od razu. Jednak proponuję włożyć do lodówki na kilka godzin i konsumować na zimno jak się wszystko przegryzie.
ŁOSOŚ POD KOŁDERKĄ CYTRUSOWO-KORZENNĄ
Składniki:
0,5 kg filetu z łososia (świeży),
0,5 kg marchewki,
pół selera,
2 pomarańcze,
1 grapefruit,
1 cytryna,
pół puszki ananasa w kostce + cały sok,
4 łyżki rodzynek,
4 łyżki płatków migdałowych,
4 łyżki cukru,
łyżeczka soli,
łyżeczka gałki muszkatułowej,
łyżeczka czarnuszki,
pół łyżeczki ostrej papryki,
liść laurowy,
szklanka wody.
Czas przygotowania: 1,5 godziny.
Sposób przygotowania:
Rybę porcjujemy, korzenie i owoce (oprócz cytryny) obieramy, kroimy w kostkę (2 marchewki w centymetrowe talarki), cytrynę porządnie szorujemy i kroimy na pół centymetrowe plastry.
Do garnka z szerokim dnem wlewamy wodę i sok z ananasa, wrzucamy warzywa oraz cytrusy (bez ananasa). Posłodzić, posolić, przyprawić, zamieszać, na wierzch położyć kawałki ryby, doprowadzić do wrzenia i dusić na małym ogniu przez 25 minut. Nie mieszać.
Następnie wyjąć rybę na osobny talerz, odcedzić resztę składników, a płyn zredukować na ogniu do połowy, dodając do niego rodzynki, migdały oraz ananasa.
Znowu cedzimy, wywar dodajemy do poprzednich składników (uprzednio wyjmując marchewkowe talarki oraz połowę cytrynowych plastrów) i miksujemy na jednolitą, puszystą masę.
Łączymy to z ananasem, migdałami, rodzynkami oraz talarkami marchwiowymi. Podgrzewamy.
Na dno wysokiego pojemnika wylewamy część masy, na to wykładamy kawałki ryby, zakrywamy częścią masy, znów ryba itd.
Na wierzch reszta masy. Dekorujemy płatkami migdałów, rodzynkami oraz plasterkami cytryny.
Można jeść od razu. Jednak proponuję włożyć do lodówki na kilka godzin i konsumować na zimno jak się wszystko przegryzie.
ŻYCZĘ ZDROWYCH, POGODNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH.
środa, 9 kwietnia 2014
Dwoistość natury ślimaka
Twórczość Pana Tomka Rogalińskiego znam od drugiej połowy 2011 roku. Jest on jednym z niewielu twórców, których działalność śledzę systematycznie i bardzo ubolewam nad tym, że z jego bloga pełniącego funkcję oficjalnej strony internetowej, usuwane są stare wpisy oraz zdjęcia prac.
Pan Tomasz porusza się w tematyce szeroko pojętego gender.
W początkowym okresie głównie rzeźbił w stylu figuratywnym, przedstawiając martwe zwierzęta, ludzkie płody, części ciała, a jego znakiem firmowym stał się ślimak. Z czasem zaczął sięgać po inne środki wyrazu (rysunek, instalacja, haft, fotografia, performance).
Dzięki toruńskiej galerii sztuki Wozownia, mogłem osobiście skonfrontować się z jego działalnością, na wystawie indywidualnej zatytułowanej "Dwoistość natury ślimaka".
Zaprezentowano niewielką ilość prac, bo raptem siedem.
Może komuś wydawać się, że trochę tego mało, ale dzięki temu można skupić się na odbiorze poszczególnych prac.
Problem zaczyna się przy ich odbiorze, bo nie są łatwe. Przydałby się jakiś autorski komentarz, którego w katalogu niestety brak, na szczęście znajduje się on (jeszcze) w internecie, zatem nie muszę ryzykować własnej karkołomnej interpretacji, ale dam sobie łapkę uciąć, że przeciętny człowiek z ulicy wykrzyczałby WTF.
Uważam, że twórczość Rogalińskiego jest bardzo mocna, wręcz agresywna, waląc między oczy niczym różowa rękawica bokserska. To dla mnie olbrzymi plus, bo sztuka nie powinna pozostawiać obojętnym, musi drażnić zmysły, wywoływać reakcje. Taki bez wątpienia jest "Pająk" kojarzący mi się z "Saturnem pożerającym własne dzieci".
Omawiana wystawa przedstawia reprezentatywny wycinek całego spektrum ekspresji Tomka, niestety na tle innych znanych mi prac, przedstawione tutaj są zbyt mało prowokacyjne (oprócz wspomnianego haftu).
Zawiodłem się na pracy, która wcześniej prezentowana była na wystawie "Praca kobiety nigdy się nie kończy" w krakowskim MCK, gdzie notabene była lepiej wyeksponowana. Po pierwsze jest niechlujna, bo spod futra i pokrywek wyłazi klej. Po drugie, czemu służy zmiana oryginalnych metalicznych zakrętek, na czarne? Może to głupio zabrzmi, ale obecność zwykłych słoików w galerii sztuki, przywodzi na myśl prowokacyjną "Fontannę" Duchampa. Wymiana kapsli podyktowana została chyba tylko względami estetycznymi.
Sposób prezentacji tych siedmiu prac jest bardzo ascetyczny. Na dość dużej, ciemnej sali, rozmieszczono je równomiernie, podświetlając ostrym, punktowym światłem. Instalacje oraz rzeźby ustawiono na styropianowych postumentach, dodatkowo te drugie przykryto szklanymi gablotami, co sugeruje ich niepowtarzalny charakter. Porównanie tego co jest w rzeczywistości, z tym pokazywanym w katalogu rzuca cień podejrzenia, że przynajmniej w przypadku dwóch prac mamy do czynienia z duplikatami (sic!).
Nie do końca rozumiem klucz do sposobu rozmieszczenia prac, które same w sobie są bardzo konceptualne, dlatego tak ważne w ich odbiorze jest słowo od autora, który wyjaśni wszystkie ich niuanse. W takim wypadku powinny one też nawiązywać dialog między sobą. Jeżeli w zwiedzaniu wystawy posiłkować się będziemy mapką oraz numeracją prac, to narażamy się na chodzenie z kąta w kąt, z którego nie płynie żadna historia (przynajmniej ja takiej nie zauważam), a do tego bezsensownie nadłożymy drogi.
Wspomniany katalog wydany został bardzo estetycznie, jedynie okładka średnio mi się podoba i zdecydowanie lepszy jest jej tył.
Wystawa "Dwoistość natury ślimaka" pokazuje, że Tomasz Rogaliński potrafi wyrażać swoje koncepcje za pomocą bardzo różnych środków wyrazu, niestety z bardzo różnym efektem końcowym.
Rzeźba najlepiej Ślimakowi wychodzi!
Na tle całej jego twórczości ekspozycja prezentuje się przeciętnie. Być może z powodu jej wystawienia w kolebce Moher Power, obawiano się udostępnić te najostrzejsze. Może jakby pokazano te bardziej kontrowersyjne, byłby ferment w mediach, bo nic tak nie zapewnia reklamy, a tak wyszła taka sobie wystawka, do obejrzenia jeszcze przez 10 dni.
Podziwiam Pana Rogalińskiego za upór z jakim wyrabia sobie markę niezależnego artysty, dlatego życzę mu porządnej wystawy i rozgłosu.
Pan Tomasz porusza się w tematyce szeroko pojętego gender.
W początkowym okresie głównie rzeźbił w stylu figuratywnym, przedstawiając martwe zwierzęta, ludzkie płody, części ciała, a jego znakiem firmowym stał się ślimak. Z czasem zaczął sięgać po inne środki wyrazu (rysunek, instalacja, haft, fotografia, performance).
Dzięki toruńskiej galerii sztuki Wozownia, mogłem osobiście skonfrontować się z jego działalnością, na wystawie indywidualnej zatytułowanej "Dwoistość natury ślimaka".
Zaprezentowano niewielką ilość prac, bo raptem siedem.
Może komuś wydawać się, że trochę tego mało, ale dzięki temu można skupić się na odbiorze poszczególnych prac.
| Wzrastanie, instalacja |
| Pieśni miłosne, fotografia |
| Miłość erotyczna, rzeźba |
| Hodowla, instalacja |
| Pająk, haft |
| Kreacja, instalacja |
| Miłość, rzeźba |
Uważam, że twórczość Rogalińskiego jest bardzo mocna, wręcz agresywna, waląc między oczy niczym różowa rękawica bokserska. To dla mnie olbrzymi plus, bo sztuka nie powinna pozostawiać obojętnym, musi drażnić zmysły, wywoływać reakcje. Taki bez wątpienia jest "Pająk" kojarzący mi się z "Saturnem pożerającym własne dzieci".
Omawiana wystawa przedstawia reprezentatywny wycinek całego spektrum ekspresji Tomka, niestety na tle innych znanych mi prac, przedstawione tutaj są zbyt mało prowokacyjne (oprócz wspomnianego haftu).
Zawiodłem się na pracy, która wcześniej prezentowana była na wystawie "Praca kobiety nigdy się nie kończy" w krakowskim MCK, gdzie notabene była lepiej wyeksponowana. Po pierwsze jest niechlujna, bo spod futra i pokrywek wyłazi klej. Po drugie, czemu służy zmiana oryginalnych metalicznych zakrętek, na czarne? Może to głupio zabrzmi, ale obecność zwykłych słoików w galerii sztuki, przywodzi na myśl prowokacyjną "Fontannę" Duchampa. Wymiana kapsli podyktowana została chyba tylko względami estetycznymi.
Sposób prezentacji tych siedmiu prac jest bardzo ascetyczny. Na dość dużej, ciemnej sali, rozmieszczono je równomiernie, podświetlając ostrym, punktowym światłem. Instalacje oraz rzeźby ustawiono na styropianowych postumentach, dodatkowo te drugie przykryto szklanymi gablotami, co sugeruje ich niepowtarzalny charakter. Porównanie tego co jest w rzeczywistości, z tym pokazywanym w katalogu rzuca cień podejrzenia, że przynajmniej w przypadku dwóch prac mamy do czynienia z duplikatami (sic!).
Nie do końca rozumiem klucz do sposobu rozmieszczenia prac, które same w sobie są bardzo konceptualne, dlatego tak ważne w ich odbiorze jest słowo od autora, który wyjaśni wszystkie ich niuanse. W takim wypadku powinny one też nawiązywać dialog między sobą. Jeżeli w zwiedzaniu wystawy posiłkować się będziemy mapką oraz numeracją prac, to narażamy się na chodzenie z kąta w kąt, z którego nie płynie żadna historia (przynajmniej ja takiej nie zauważam), a do tego bezsensownie nadłożymy drogi.
Wspomniany katalog wydany został bardzo estetycznie, jedynie okładka średnio mi się podoba i zdecydowanie lepszy jest jej tył.
Wystawa "Dwoistość natury ślimaka" pokazuje, że Tomasz Rogaliński potrafi wyrażać swoje koncepcje za pomocą bardzo różnych środków wyrazu, niestety z bardzo różnym efektem końcowym.
Rzeźba najlepiej Ślimakowi wychodzi!
Na tle całej jego twórczości ekspozycja prezentuje się przeciętnie. Być może z powodu jej wystawienia w kolebce Moher Power, obawiano się udostępnić te najostrzejsze. Może jakby pokazano te bardziej kontrowersyjne, byłby ferment w mediach, bo nic tak nie zapewnia reklamy, a tak wyszła taka sobie wystawka, do obejrzenia jeszcze przez 10 dni.
Podziwiam Pana Rogalińskiego za upór z jakim wyrabia sobie markę niezależnego artysty, dlatego życzę mu porządnej wystawy i rozgłosu.
czwartek, 5 grudnia 2013
Bizzare Bite 9 - Dusty cow
Dzisiaj jest rocznica śmierci największego (moim zdaniem) kompozytora - Wolfi Amadeo Mozarta!
Z tej okazji pozwoliłem sobie zaprosić do wspólnego gotowania dwoje freakowatych tfurców, czyli słynny team HamKid!
Chłopaki ochoczo wzięli się do pracy i przystąpili do gotowania kulinarnej wariacji cyklu "Dusty", w którym powstały prace w najprzeróżniejszych technikach :
- tuszaki 1 i 2;
- ołówek;
- akryl;
- olej;
- grafiki warsztatowe;
- gipsoryt;
- batik;
- kolaż;
- performance.
Mozart był podobno strasznym łasuchem, zatem naturalny wybór dania dla uczczenia muzyka jest deser, a dokładniej Krówka, czyli w tym układzie:
DUSTY COW
Składniki:
0,5 litra śmietanki,
0,5 litra mleka,
250 gram masła,
1 kg cukru.
Czas przygotowania: minimum 5 godzin.
Sposób przygotowania:
Wszystkie składniki umieścić w jednym garnku z szerokim dnem.
Dłuuugo gotować na małym ogniu, intensywnie mieszając.
Uwaga!!! W początkowym etapie substancja mocno kipi!
Gdy płyn zgęstnieje, całość wylać na blachę wyłożoną pergaminem.
Czekamy aż wystygnie, kroimy w kostkę i ŻREMY bez umiaru.
Niestety eksperyment kulinarno-artystyczny nie udał się, gdyż na właściwej stronie krowiego placka nie odbił się wizerunek Dusty'ego, tak misternie nanoszony cynamonem na matrycę.
Super było patrzeć na dwójkę tych wariatów uwijających się w kuchni.
Wyglądali zupełnie jak w poniższym balecie.
Z tej okazji pozwoliłem sobie zaprosić do wspólnego gotowania dwoje freakowatych tfurców, czyli słynny team HamKid!
Chłopaki ochoczo wzięli się do pracy i przystąpili do gotowania kulinarnej wariacji cyklu "Dusty", w którym powstały prace w najprzeróżniejszych technikach :
- tuszaki 1 i 2;
- ołówek;
- akryl;
- olej;
- grafiki warsztatowe;
- gipsoryt;
- batik;
- kolaż;
- performance.
Mozart był podobno strasznym łasuchem, zatem naturalny wybór dania dla uczczenia muzyka jest deser, a dokładniej Krówka, czyli w tym układzie:
DUSTY COW
Składniki:
0,5 litra śmietanki,
0,5 litra mleka,
250 gram masła,
1 kg cukru.
Czas przygotowania: minimum 5 godzin.
Sposób przygotowania:
Wszystkie składniki umieścić w jednym garnku z szerokim dnem.
Dłuuugo gotować na małym ogniu, intensywnie mieszając.
Uwaga!!! W początkowym etapie substancja mocno kipi!
Gdy płyn zgęstnieje, całość wylać na blachę wyłożoną pergaminem.
Czekamy aż wystygnie, kroimy w kostkę i ŻREMY bez umiaru.
Niestety eksperyment kulinarno-artystyczny nie udał się, gdyż na właściwej stronie krowiego placka nie odbił się wizerunek Dusty'ego, tak misternie nanoszony cynamonem na matrycę.
Super było patrzeć na dwójkę tych wariatów uwijających się w kuchni.
Wyglądali zupełnie jak w poniższym balecie.
HamKid nadaje ton!!!
Na powyższym zdjęciu pozujemy razem z pracą "Polish Fantasy".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
