poniedziałek, 13 grudnia 2010

Komiksowa dekada - 2005


Niestety Post coraz bardziej staje się wydawnictwem-widmo.
Wszyscy myślą, że już padło, a ono niespodziewanie znowu coś wydaje (tak jest do teraz).
Jednym słowem - męka.

Skromniutkim komiksem „Blaki”, wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy z hukiem ląduje w gronie niezbyt licznych polskich wydawców.

W przyszłości razem z Kulturą Gniewu, która z jednoosobowego projektu, przekształca się w trio, łapiąc tym samym wiatr w żagle, sięgając po zagranicznych twórców, będą nadawali ton w promowaniu ambitniejszych pozycji.
Muszę jednak przyznać, że początkowo polityka wydawnicza Timofa była dla mnie bardziej niż dziwna.
Publikowanie jakiś „Wacianych Kaflików…” czy „Gangów Radomia” na kredowym papierze stanowiło swego rodzaju kuriozum.
Jak się okazuje, nie byłem odosobniony w takim osądzie ;)

Dodatkowo wśród nowych wydawców melduje się Taurus Media z najlepszą serią wydawaną do dzisiaj – „Żywe trupy”, czy ślicznym albumem o bitwie pod Termopilami Franka Millera – „300”.

Mandragora sama sobie zaczyna kopać grób.
Po pierwsze wydając kolekcjonerskie trejdy tego, co wcześniej wypluła w formacie zeszytowym, po drugie wyprzedając te zeszyty za bezcen na Allegro i w Taniej Książce.
Takich świństw czytelnikom się nie robi i chociaż częściowo próbuje się zrehabilitować wydając nagrodzony we Francji komiks Polaków – „Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona” oraz superbohaterskie Essentiale.
Koniec końców dogorywa marnie dwa lata później.

Egmont formatuje serię Mistrzów Komiksu, od teraz ma być bardziej elitarnie, ekskluzywnie, w limitowanych nakładach, wysokiej cenie i ogólnie fafarifa.
Na pierwszy ogień idzie oszalały Batman w „Azylu Arkham

Cud, miód, ultramaryna!!!

Komiksowy strumień świadomości Moebiusa – „Feralny Major”, również (słusznie) trafia do tej serii.

Z tegorocznych festiwali zaliczam tylko warszawską WSKę, a najfajniejszą zdobyczą jest topielica od Marka Oleksickiego.

piątek, 10 grudnia 2010

Komiksowa dekada - 2004


W moim rankingu Post nadal dzierży pałeczkę pierwszeństwa publikując legendę komiksu włoskiego „Corto Maltese” Hugo Pratta, czy „Kota Rabina” Sfara.
Ten drugi album zastępuje „Morderstwa i tajemnice” w roli przekonywacza komiksowych malkontentów i robi to do teraz.

Oczywiście nie próbuję nikogo uszczęśliwiać na siłę, jednak osoby które wykazują choćby cień zainteresowania tematem, przekonywane są do komiksu właśnie tą prostą, filozoficzną historyjką o żydowskim kotku, narysowaną dziecinną, kolorową kreską.

Osieroconą po TM-Semicu niszę próbują zagospodarować dwa wydawnictwa: Mandragora oraz medialny potentat Axel Springer z serią Dobry Komiks.
Daję się zarazić tym entuzjazmem, szczególnie przez tego drugiego gracza.
Każdy czwartek był dla mnie wtedy podwójnym świętem, celebrowanym nabyciem w kiosku „Przekroju” (wtedy ukazywał się w ten dzień) oraz kolejnych superbohaterskich przygód.
Najbardziej kręcili mnie X-meni i na tej fali zainteresowania okupuję się w TM-Semicowe wydania.

Przez zawalenie rynku europejskim komiksem środka (księgarnie i empiki kompletnie nie panują nad tym, co się dzieje na półkach poświęconych obrazkowym historyjkom) upadają lub wycofują się z ich wydawania kolejne wydawnictwa.
Chwała Motopolowi, że pofatygował się dokończeniem „Rorka” (nie licząc ostatniego tomu).
Większość z wydanych wtedy rzeczy wylądowała później w Taniej Książce.

Wytrenowany portfel nagle odczuł ulgę jednakże nie na długo, gdyż żeby nasycić chorobliwy głód, zaczynam kupować niektóre mangi ;)
Właściwie skupiam się tylko na klasykach: „Dragon Ball”, „Akira”, „Ghost in the shell”, „Eden” i „Hiroszima 1945”.

Z pojedynczych albumów wydanych w tym roku interesujące są:
Pro” – przekomiczny pastisz rajtuziaków,
Rising Stars” – , również o superbohaterach (bardziej na poważnie) – niedokończona miniseria,
Zemsta hrabiego Skarbka” – Rosiński zamienia rysowanie na malowanie,
Odmieniec” – słowiańska odpowiedź na Hellboya,
Rewolucje” – dziwne seampunkowe opowieści w pastelowych barwach,
seria „Calvin i Hobbes” – inspirująca mnie do lepienia zabawnych bałwanów ;)

Oprócz kupowania komiksów, po raz pierwszy postanawiam zobaczyć festiwal komiksowy, a właściwie od razu trzy ;D
Zacząłem kolekcjonować rysowane kobiety, im bardziej nagie tym lepiej ;)

Pod koniec marca Warszawskie Spotkania Komiksowe.
Bethea od Piotra Kowalskiego prezentuje się najbardziej okazale.

Na początku maja Trójmiejskie Spotkania Komiksowe festiwal, który wspominam najmilej z wszystkich, w jakich miałem okazję uczestniczyć do tej pory.
Odbywał się na uniwersyteckiej stołówce w oparach smażonych naleśników i parującej pomidorowej.
Bardzo kameralny, fantastyczny zjazd fanów komiksu, podczas którego odbyły się warsztaty rysowania prowadzone przez Filipa Myszkowskiego oraz bitwy komiksowe z tematem wiodącym „Stołówka”.
Wygrał bodajże Marek Lachowicz z Człowiekiem Paroovką, jednak w późniejszej licytacji nie miał sobie równych Mateusz Skutnik.
Boże jak żałuję, że nie starczyło mi kasy!!! ;D
Na osłodę przywiozłem najpiękniejszą graficzkę z mojej kolekcji, rysowaną na kolanie, na wymiętolonej, zeszytowej kartce przez Rafała Gosienieckiego (obecnie robi karierę w dalekiej Japonii).
Jego mechaniczna tancereczka z albumu „Pattern” wymiata!!!

Jesienią (jak zwykle w pierwszy weekend października) udałem się na Międzynarodowy Festiwal Komiksu do Łodzi.
Gwiazdami byli Marvano

i przesympatyczny Stan Sakai.

Z Polaków chyba najbardziej graficznie zaskoczył mnie Hubert Ronek.

czwartek, 9 grudnia 2010

Komiksowa dekada - 2003


Post rządzi i króluje!!!
Dwie podróże z Fellinim” do scenariusza słynnego włoskiego reżysera, rysuje mistrz erotyki – Manara,
Niebieskie pigułki” przejmująca historia autora, który wiąże się z kobietą zarażoną wirusem HIV,
V jak vendetta” napisana przez mistrza Moora.

Egmont również sięga po jego dzieło, demitologizujące superbohaterów w rajtuzach – „Strażnicy”.
Cieniutki albumik „Morderstwa i tajemnice” Neila Gaimana, staje się doskonałym prezentem dla moich znajomych.
Ta uniwersalna opowieść o miłości jest moją komiksową wunderwaffe (bardzo skuteczną), otwierającą przyjaciołom oczy na to medium.
W Klasykach Polskiego Komiksu króluje Tadeusz Baranowski, a szczególnie przypadły mi do gustu „Porady Praktycznego Pana”.

Mandragora sięga do szuflad polskich twórców, publikując m.in. „Eryka” wielkopolanina Filipa Myszkowskiego, który niestety wycofał się z tworzenia, choć wtedy zapowiadał całą serię odcinków z tym bohaterem.
Kryminalna „Szminka” to taka szyłakowa wariacja na temat Kuby Rozpruwacza polującego w kraju nad Wisłą.
Jej kontynuacja ukazała się dopiero w tym roku.

Bracia Minkiewiczowie powołują do życia Wilq, samozwańczego obrońcę Opola.
Debiutował na łamach "Produktu".
Przekomarzanki Alc-mana, Entombeda, Mikołaja, komisarza Gondora, doktora Wyspy czy Smutnego Wielbłąda śmieszą cały czas tak samo.

Krzysztof Owedyk vel Prosiak publikuje swoje prace w Kulturze Gniewu, rozpoczynając serię „Cierń w koronie”.
Szkoda że jej nie skończył i również przestał rysować komiksy.
Teraz maluje koty.

Najlepszy polski komiks znowu funduje kooperacja ZZP/kg.
Achtung Zelig” w niestandardowy sposób opowiada o drugiej wojnie światowej, za rysunki odpowiedzialny jest Krzysztof Gawronkiewicz.

Dużo niezależnych wydawców jak i część tych oficjalnych zwraca się w kierunku erotyki, a nawet pornografii komiksowej.

środa, 8 grudnia 2010

Komiksowa dekada - 2002


Początek komiksowej, dwuletniej powodzi zalewającej księgarskie półki.
Mój skromny studencki portfel przestaje w zupełności ogarniać ilość dostępnego dobra.

Do Motopolu, czyli Twojego Komiksu dołączają kolejni wydawcy europejskiego komiksu środka.
Podsiedlik-Raniowski i S-ka do teraz cały czas myli mi się z tym pierwszym i nie rozróżniam, kto co wydał.
Gdyby nie legendarny, obrazkowy western „Blueberry” (bohaterem jest facio łudząco podobny do Belmondo) oraz Thorgal w spódnicy – „Aria”, nie byłoby sensu zawracać sobie głowy tym wydawcą.

Amber poszedł o krok dalej, wydając ten shit w wersji de lux (dobry papier, twarda oprawa, wykurwiona cena i zazwyczaj niski poziom artystyczny).
Wyjątkiem od reguły jest „Jeremiah”.
Na fali popularności filmowych „Gwiezdnych Wojen” do sklepów trafiają też komiksy z bohaterami tej serii.

Egmont również dodaje swoje gówniane trzy grosze i tutaj też zdarzają się perełki w postaci „Mureny” o starożytnym Rzymie, czy pełnego magii i humoru „Lanfeusta z Troy”.

Wydawnictwo Post na tym tle, wyjątkowo dobrze się prezentuje, dość szybko awansując do miana mojego ulubionego.
Publikuje bardzo mało, jednak wszystko ma znak jakości Q.
Wisienką na torcie jest smakowity, erotyczny „Klik” Milo Manary.

Jakby jeszcze tego było mało, ryneczek zachłystuje się komiksem zza oceanu.
Bryluje w tym Mandragora.
O dziwo prawie wszystko jest bardzo smakowite, a najbardziej kryminalne „100 naboi”, gdzie chyba najfajniejsze są kadrowanie i sposób prowadzenia „kamery”, futurystyczne „Transmetropolitan” z kontrowersyjnym dziennikarzem Pająkiem Jeruzalem oraz horror „Midnight Nation”.

Jednak jest to tylko Pan Pikuś przy takich pozycjach jak moja ulubiona seria „Sandman”, który rysunkowo jest strasznie nierówny, natomiast scenariuszowo absolutny majstersztyk,

czy „Kaznodzieja”, komiks drogi o poszukiwaniu Boga, celem spuszczenia mu łomotu ;)

Wydawany początkowo przez dwa wydawnictwa „Usagi Yojimbo” (Mandragora początkowe tomy, Egmont późniejsze) otwiera moją świadomość na fakt istnienia mangi, którą sama seria wcale nie jest ;)
Jakkolwiek durnie by to nie brzmiało, królik po samurajsku smakuje przez te wszystkie lata tak samo dobrze.

Z polskich komiksów można odnotować, że po raz drugi, debiutuje „Jeż Jerzy” (animowany film z jego przygodami wchodzi do kin w nadchodzącym roku), startuje ostatecznie nieskończona futurystyczna seria „Status 7”, a Zin Zin Press w kolaboracji z kulturą gniewu wydają skromne zeszyciki, na wysokim poziomie artystycznym: „Difenbach” oraz „Dr Bryan”.

wtorek, 7 grudnia 2010

Komiksowa dekada - 2001


Nadal intensywnie uzupełniam i pochłaniam archiwalne albumy i zeszyty.

Na rynku pojawiają się nowi gracze:
Twój Komiks – wkrótce zaleje sklepowe półki europejskim chłamem (czytaj komiksem środka), z którego wart uwagi był rewelacyjny „Rork” z kosmicznymi grafikami, sensacyjny „Largo Winch” oraz nieme "Przygody Mikołajka", w sam raz na nadchodzący świąteczny czas;

Mandragora debiutuje polską serią „48 stron”, czyli totalną jazdą bez trzymanki po światowej i polskiej popkulturze, z rysunkami tego samego gościa, który ostatnio udziela się w boliblogu;

Post publikuje kontrowersyjnego „Mausa”, oprotestowanego przez „prawdziwych Polaków” za przyczepienie naszemu narodowi świńskiego ryja.

Autobiograficzną opowieść o holokauście w tle, pokazujące jakim pojemnym medium jest komiks.
KLASYK!!! Powinien być na półce każdego bibliofila!

Celowo pomijam debiut Kultury Gniewu, gdyż z ich ofertą zetknę się dopiero za kilka lat. Nie było ich w oficjalnej dystrybucji, a przynajmniej tam gdzie ja zaglądałem.

Siedmioróg wydaje rewelacyjnego „Blacksada”, historię detektywa działającego w USA, w dwudziestoleciu międzywojennym. Jak w bajkach Ezopa czy LaFontaina, bohaterowie są antropomorficznymi zwierzakami.
Dodatkowo zbiera do kupy paski onirycznej opowieści o miasteczku „Mikropolis”, ukazujące się m.in. w „Gazecie Wyborczej”.

Egmont sukcesywnie rozszerza ofertę, przybliżając polskiemu czytelnikowi twórców europejskich:
lekko mangowy Marini – „Drapieżcy”, „Cygan”,
fantasy Loisel – „Piotruś Pan”, reedycja „W poszukiwaniu Ptaka Czasu”,
kosmiczne „Armada” i „Aquablue”,
dziecięce „Titeuf” oraz „Kid Paddle”).
Równie śmiało wyciąga rękę za ocean po autorskie „Sin City” (podobno tragicznie przetłumaczone) oraz „Hellboya”.
Frank Miller ma taką zajebistą grafę, że pozwoliłem sobie skorzystać z jego rysunku przy projektowaniu mojej wytatuowanej babeczki.
Westernowym albumem ludzi od Thorgala, rozpoczyna serię „Mistrzowie Komiksu”, a w Klasykach Polskiego Komiksu publikuje prawie w całości (brak kilkunastu pasków) polską, komiksową biblię – najdłuższy serial „Kajtek i Koko w kosmosie”.

Pychotka-wspanialuszka!!! Smakuje tak samo dobrze w kawałkach, jak i w całości.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Komiksowa dekada - 2000


Mija pierwsze dziesięciolecie, odkąd zainteresowałem się komiksem na poważnie.
Według standardów szkolnictwa, jestem dopiero w komiksowej podstawówce.
Dalej chcę zgłębiać tą wiedzę, w szkole średniej i na studiach ;)
Znam swoje miejsce w szeregu i nie nazywam się jeszcze komiksowym znawcą (alfą i omegą).

Chciałbym się z Wami podzielić moimi dziesięcioletnimi zmaganiami z tą materią, zdając sobie sprawę, że część informacji które podam, mogą być błędne i wynikają najczęściej z niewiedzy w danej kwestii.
Nie jestem ani badaczem, ani działaczem, bardziej uważnym obserwatorem.
Pokuszę się o wygłoszenie kilku opinii, ale proszę je traktować jako pobożne żale i życzenia fana ;-)

W dzieciństwie jak każdy dzieciak z mojego pokolenia, posiadałem pojedyncze przygody Tytusa, Romka i A’Tomka, Kajka i Kokosza (szczególnie utkwił mi w pamięci album „W krainie borostworów”) czy komiksy Baranowskiego i Wróblewskiego.
Każda wyprawa do miasta, kończyła się zazwyczaj zakupem jakiegoś kolorowego zeszytu, które były wystawione w księgarni, w wielkim pudle na ladzie.

Później z czytania komiksów wyrosłem, a one same trafiły do piwnicy.
Prawdopodobnie nic by się w tej kwestii nie zmieniło, gdyby nie praca Pana Świetlicowego w pobliskiej podstawówce.
Dzieci permanentnie musztrowałem, żeby zbytnio nie były rozwydrzone,

a ja w tym czasie przeglądałem książeczki z obrazkami ;)
Były tam również komiksy z tymi samymi bohaterami, jakie sam posiadałem.
Z braku laku zacząłem je czytać i totalnie wsiąkłem w ten klimat.
Nagle jako dorosły człowiek odkryłem, że humor Christy czy Papcia Chmiela posiada drugie dno, totalnie niezrozumiałe dla dzieciaków, że te „infantylne” obrazki to są małe dzieła sztuki, w które autor włożył wiele pracy.

Rynek komiksowy właśnie budził się do życia, po dziesięcioletnim okresie „Wielkiej Smuty”, o którym nie miałem jeszcze zielonego pojęcia.
Kompletnie nie wiedziałem o istnieniu takiego wydawnictwa jak TM-Semic, które zalało Polskę zeszytami o przygodach trykociarzy, strzelających promieniami z dupy (swoją drogą to hasło zaistniało w mojej świadomości jakieś pół roku temu).
Komiks rodzimy praktycznie nie istniał, a jeżeli już, to funkcjonował w podziemiu.
Jednym słowem nieświadomie ominęła mnie CIEMNA, GŁĘBOKA, KOMIKSOWA OTCHŁAŃ.

Zatem wkraczałem w światek w momencie, gdy na ryneczku dogorywał wspomniany TM-Semic, o którym dowiedziałem się dzięki przejętej (za bezcen) kolekcji przygód Batmana (do teraz jest to mój ulubiony superbohater).
Koleżanka na studiach podarowała mi swój zestaw orbitowskich Thorgali.
To było jak powiew świeżej bryzy, bo jakimś cudem ten bohater był mi totalnie nieznany.
Twórczość Grzegorza Rosińskiego na wiochę nie dotarła (sic!).
Gdzieś między nimi zaplątana była opowieść o małym stworku z planety Daar, przypadkowo wplątanym w misję zbawienia swojego świata, po przeczytaniu którego moja miłość do komiksu zapłonęła jak stóg siana.
W księgarniach raczkował obecny potentat rynkowy – Egmont Polska, wydający kolejne przygody Thorgala (notabene te, od których jego przygody przestały ekscytować), Siedmioróg zapodał sensacyjną serię „XIII”.
Kioski okupował „Świat Komiksu”, czyli poligon doświadczalny Egmontu. W tym roku wystartował jako strona internetowa.
Żałuję, że nie utrzymał się na rynku, tak jak reszta komiksowych magazynów.
Szczególnie żal zaczynającego się wtedy „Produktu”, w którym finalny rzyg z pierwszej opowieści z serii „Osiedle Swoboda”, był dla mnie, bogobojnego wieśniaczka jak kubeł zimnej wody.
Dziękuję Ci Śledziu za przemycie zaślepionych w kwestii wiary oczu.
Zarysowałeś czarny monolit, który później Prosiak i reszta „heretyków” rozbiła w pył ;-)
Dodatkowo w pierwszym numerze Produktu, ukazał się kilkuplanszowy „Przypadek Rajmunda K”, obłędnie narysowany przez Andrzeja Janickiego.
Dla człowieka nie zaznajomionego z twórczością Andreasa czy Otomo (mistrzów szczegółowej kreski) to był szok, że komukolwiek się chce wkładać tyle pracy w rysowanie „śmiesznych” obrazków.
Poznańskie wydawnictwo Zin Zin Press publikuje "AQQ" (obecnie również istniejące tylko w sieci) - doskonałe źródło wiedzy o nowym środowisku.

W kinach królował Matrix, a wspomniany Ryba popełniła maleńki pastisz tego filmu, dołączony do magazynu „Świat Gier Komputerowych”.
Tym zeszytem postanowiłem wkręcić znajomych z mojego „uniwersytetu” zajmującego się kitem i kitowaniem ;D
Ksero komiksu, z którego pieczołowicie pousuwałem rybki (tak wtedy Michał sygnował swoje prace), a w ich miejsce wrysowałem swoje symbole, przedstawiłem jako swój debiut obrazkowy.
Wszyscy nabrali się na ten żart.
Sorry Śledziu za ten niewinny plagiat ;-)

Stare, archiwalne komiksy najczęściej przejmowałem od znajomych, którzy już się nimi nie interesowali.
Brakującą kolekcję Batmanów uzupełniłem w jedynym sklepie komiksowym, jaki wtedy zdołałem przypadkowo odkryć.
Z perspektywy czasu wiem, że to co zaoszczędziłem na przejętych kolekcjach, dałem sobie z nadmiarem wyskubać w tamtym sklepie.
Nowości kupowałem głównie w Empiku – magazyny, natomiast albumy w księgarniach sieci Matras, gdzie posiadałem kartę zniżkową.

Tak się zaczęła moja chorobliwa miłość, mająca w chwili obecnej wszelakie znamiona nałogu.

piątek, 3 grudnia 2010

Kriss kontra Thorgal oraz ...



Na naszym komiksowym ryneczku ostatnio pojawiły się od razu dwie księgi komiksowej legendy - Thorgal.
Trzydziesta druga część przygód dzielnego wikinga pod tytułem - Bitwa o Asgard oraz pierwsza część odpryskowa, opowiadająca dzieje najbardziej krwistej postaci z tej sagi - Kriss de Valnor.

Główna seria zaczęła pośmiardywać stęchlizną tak gdzieś w okolicach dwudziestego tomu.
On stracił pamięć, rodzinka poszła w rozsypkę, zła kobieta ciągle mąciła, potem on odzyskał wspomnienia, familię i razem ruszyli w podróż dookoła świata, później facio podupadł na zdrowiu, wróciła wiedźma z jego synem ale ją ukatrupili źli ludzie.
Brunet z blizną wreszcie odnalazł spokój i zajął się tym co każdy mężczyzna lubi najbardziej - ciepłe piwo, zimne kobiety, TV i pety (czy jakoś tak).
A na poważnie - wrócił w rodzinne strony i chwilowo korzystał z emerytury, podczas gdy jego synalek Jolan zajął się tępieniem zła na świecie.

Jednym słowem brazylijska telenowela.

W międzyczasie zmienił się scenarzysta, a rysownik otworzył kolejny etap rysowania (malowania) w swojej twórczości.

Jolan poszedł czeladniczyć u mistrza, a najmłodszy synalek Aniel okazał się diabłem wcielonym.
Historię zaczęto opowiadać dwutorowo - kolejne inicjacje J.T. oraz kłopoty wychowawcze Aegirssonów.
W najnowszej odsłonie przyszywana matka (mentor czyli Manthor) posłała Jolana po jabłka, a najmłodsza latorośl nawiała z domu, zatem ojczulek znów musiał ruszyć w drogę.

To już nawet nie jest telenowela, tylko kino familijne!

Sente miał tchnąć nowe życie w podtatusiałego bohatera i nawet mu się odrobinę udało, patrząc przez pryzmat schyłkowych dokonań van Hamme'a.
Szkoda że jego scenariusze są takie przegadane.
Poza tym biedak niestety musi odgrzewać non stop tego samego klopsa, który w jednym miejscu już się z lekka przypalił, ogólnie przysechł i gdzieniegdzie nasiąkł zjełczałym tłuszczem.
Dodawanie kolejnych przypraw (wszystko wskazuje na to, że w kolejnych odcinkach będą orientalne smaki) za wiele nie pomoże.
Czytając kolejne odcinki na języku pozostaje coraz grubszy osad lukru, bez grama pieprzu czy goryczy.

Rosiński po zmianie stylu złapał chwilowo wiatr w żagle, ale chyba znowu mu pyta opada.
Zdarzają się plansze (szczególnie pejzaże) wycyzelowane, wymuskane i wypieszczone do ostatniego pociągnięcia pędzlem, ale jest też gros takich, z serii "kolorowe kredki w pudełeczku noszę".
Generalnie widać okrutne zmęczenie materiałem.

Tutaj wkracza ognista Kriss.
Co prawda teoretycznie zginęła pod koniec 28 tomu, ale przecież poczciwina Thorgal też kilka razy padał zupełnie martwy.
Kriss jest najlepiej skonstruowaną postacią w całej serii.
Wyrachowana, piękna, inteligentna, ma jasno sprecyzowane cele i dąży do nich po trupach.
Przecież nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka, tym bardziej że ta kura potrafi niejednemu kogutowi pogonić kota.
Zatem babeczka staje przed sądem bogini Frei, żeby wyspowiadać się ze swojego podłego żywota.
W opowieści pojawiają się znane z serii osoby, rozwijane są epizodyczne wątki i wyjaśniane sekrety z życia gwiazdy.
Ogólnie scenariuszowo jest odrobinę lepiej niż u harcerzyka, choć wydaje się że kobita też traci jajniki, a całe zło jakiego się dopuściła, to przez podłe życie rzucające jej kłody pod nogi.

Za rysunki zabrał się Giulio de Vita.
Rysownik nie kopiuje kreski mistrza Grzesia, choć rysowane przez niego postacie zachowują charakter pierwowzorów.
Rysunki są bardziej drapieżne i ostre. Początkowo wykonane z dbałością o szczegóły, jednak pod koniec albumu stają się już odrobinę chaotyczne i robione jakby w pośpiechu.
Jednym słowem Giulio daje radę, choć mógłby się postarać bardziej.

Zatem zwycięzcą pojedynku Kriss kontra Thorgal zostajeee...

... Bąbelek i Kudłaczek ;)

Wreszcie przeczytałem pożegnalny album z ich przygodami.
Po lekturze albumu "Tfffuj! Do bani z takim komiksem", rzeczywiście tak uważałem.
Tadzio B. stracił pazura, cały swój absurdalny humor i rysunkowo też nie było kolorowo.
Wszelaka nadzieję wobec Starych Mistrzów prysła jak bańka mydlana- Christa odszedł młodo, Wróblewski jeszcze wcześniej, Rosiński odcina kupony, Polch rysuje koszmarki, a Chmielewski totalnie się zPiSdził.

Zatem "Na wypadek wszelki woda, soda i Bąbelki (oraz Kudłaczki)" nie napawały mnie optymizmem.
Jednakże zmiana klimatu na typowo wiejski (TeBe przeprowadził się do Olbrachtówka) pomogła idealnie.
Miszczu znowu pisze i maluje tak, jakby napalił się całej łąki najświeższej trawy, a nie jakiejś suszonej, zmiętolonej zielonej herbatki.
Co chwila chichrałem się jak mały berbeć czytając kolejne przygody K&B, a dorosły kolekcjoner we mnie również został odpowiednio zaspokojony ogromem dodatków.
BRAWO!!!

P.s. Najmocniej przepraszam za nadmierne stosowanie słówek choć i ale ;)